Rozdział 6 :)
Tak, wiem! Wszyscy na to czekali... nawet ja!!!
I oto jest...
PS. Tak, nie zapomnę o pisaniu... NIGDY! Brakowało mi tylko czasu...
Pozdrawiam
Wasza QK
I oto jest...
Rozdział
6
Zdezorientowana
i wystraszona na śmierć wyskoczyłam z łóżka i zatrzymałam się
na suficie. Wbiłam paznokcie w drewniane belki i szybko
przeskoczyłam w kąt, nadal trzymając się ścian. Zaczęłam
syczeć jak kot, któremu ktoś chce odebrać zdobycz. Wszystkie moje
zęby okropnie mnie bolały, a język rozdwoił się jak u węża.
Mój wzrok wodzi bardzo szybko po pomieszczeniu. Jakbym chciała
dostrzec niewidzialne niebezpieczeństwo.
-
Janjario! Kochanie, zejdź proszę do nas... - wymówił z trwogą w
głosie mój ojciec.
-
Leonard, nie lepiej zostawić ją samą? Dochodzi do siebie... nie
widzisz? Jeszcze nad tym nie panuje... - odpowiedziała z kobiecą
delikatnością Caroline.
-
Nie powinna być z tym sama, rozumiesz? -
-
Tak, wiem. Tylko, że może zrobić sobie krzywdę, więc...
- nie dokończyła mama.
-
...więc mamy zostawić ją sobie samej z tym natłokiem myśli i tą
rozsadzającą siłą? - zapytał mężczyzna.
Co
się ze mną dzieje? Dojść do siebie? Co do cholery!?
Próbuję
złapać oddech i się uspokoić, ale gdy się staram jest jeszcze
gorzej. Czuję jakby w moich żyłach toczyły się ołowiane kulki,
a jednocześnie jakby moje ciało żyło oddzielnie ode mnie. Krew
napływa coraz gęściej do mojej głowy... opadam z sił.
- Aaaagrr...!!! - wrzasnęłam z bólu i oderwałam się od drewnianych belek.
- Aaaagrr...!!! - wrzasnęłam z bólu i oderwałam się od drewnianych belek.
Kiedy
to już się skończy!? Kiedy ktoś mnie w końcu zabije!?!? Upadnę
na ziemię i znów uderzę głową w posadzkę.
Ledwo
przytomna. Nie mam siły nawet otworzyć oczu. Zaraz, czemu nie
zaryłam z hukiem o podłogę? Czuję delikatny dotyk na twarzy.
Chłodne opuszki gładzą mnie po policzkach. Teraz silne ramiona
oplatają się wokół mnie. Podnoszą i gdzieś niosą. To
niedaleko?
Skrzypniecie!
Schodzimy po schodach, ale dokąd...? Co chcą zrobić?
Skręcił
w lewo. To kuchnia. Tylko zastanawiam się po co przynieśli mnie w
takim stanie do kuchni. Czuję jak coś powoli napływa do serca.
Ktoś podchodzi do stołu. Lekko mną wzdrygnął odgłos tłuczonych
naczyń. Mama pewnie strąciła je ze stołu. Kilka kroków i tato
kładzie mnie na nim. Odszedł po coś do salonu? Nie, podszedł do
zejścia do piwnicy pod schodami. W tej chwili poczułam jak coś
rozgrzewa mi prawą rękę. Przepływa powoli przez przedramię i
bark. To Słońce! Wyszło zza chmur i ogrzewa mi twarz, ale płynie
dalej. To takie przyjemne.
Nagle
w piersi zakuło jakby ktoś przedziurawił mnie kołkiem. Zwijając,
przekręciłam się na prawy bok. Teraz zakuło mnie z drugiej
strony, a ja odkręciłam się w lewo. Coraz szybciej coś dźga mnie
w ciało. Zaczęłam rzucać się to w jedną to w drugą stronę, aż
mama złapała mnie za nadgarstki i przycisnęła je do blatu. W tym
momencie wydałam z siebie odgłos jakby pies warczał przez pełny
pysk. Ten okrzyk stawał się coraz bardziej intensywniejszy. W końcu
pisnęłam najcieniej jak potrafiłam. Unoszę przy tym całe swoje
ciało oprócz rąk. Uniosłam się nad powierzchnię stołu.
-
Caroline! Zasłoń zasłony, to przez światło i spróbuj ją trochę
uspokoić, bo się ludzie zejdą jak robactwo na świeżego trupa! -
krzyknął Leonard.
Błagam,
tato te porównania...zbyt bardzo przypominają mi moją ukochaną
Polskę i Vincenta!
Mama
puściła moje ręce, ale czułam, że nadal coś mnie trzyma. Jakaś
niewidzialna lina. Odgłos zasuwanych żaluzji sprawił, że
przebiegły po mnie ciarki.
Nie
wytrzymam!
Nagle
wszystkie ceramiczne i szklane naczynia zaczęły kolejno pękać. W
każdej szafce i szufladzie mają miejsce wybuchy. Wraz z
tą sytuacją poczułam jak mój język i ból w szczęce wracają do
normy. Opadłam na stół i moje nogi nie mogą przestać walić
w mebel. Przeraziło mnie zimno dłoni taty, który w tym
momencie łapie mnie za kostki i ciągnie mnie za nie. Nie mogę
ruszyć nogami. Z tego co czuję oboje złapali mnie za dłoń.
-
Ałć! - zdołałam wykrztusić, ale od razu zabrakło w moim głosie
dźwięku. Ten ból mnie otrzeźwił. Otwieram oczy.
Nacięli mi opuszek. Teraz oboje przegryzają swoje. Odciągają
palce od ust i dotykają skaleczenia, które przed sekundą
zrobili mi. Dopiero teraz zauważyłam, że moja krew jest błękitna.
Ranka lekko mnie za szczypała. Miejsce nacięcia błysnęło złotym
promieniem i tym razem zaswędziało. Rodzice złożyli moją dłoń
w pięść i położyli mi ją na piersi.
-
A więc to prawda! - powiedzieli jednocześnie.
-
Nadchodzi jej czas... - szepnęła mama, nie dokładnie usłyszałam
co mówi dalej.
-
To znaczy, że musimy znaleźć wisior. - odpowiedział tato.
Co
to było? Co jest prawdą? Po tym „czymś” nie czuję już
żadnego bólu.
Mama
pomaga mi się zwlec ze stolika, podczas gdy tato swoim nadnaturalnym
tempem sprzątał potłuczone talerze. Carolina podniosła mi głowę,
żebym usiadła. Kładę obie stopy na podłodze. Stoję. Pytającym
wzrokiem spojrzałam na mamę. Rozchyliłam usta, żeby zapytać. Nie
musiałam, bo Caroline już odpowiada:
-
Zrobiliśmy Ci małą transfuzję... - uśmiechnęła się do mnie
szeroko. Chwilę myślałam nad sytuacją sprzed kilku minut
formułując pytanie.
-
Mamuś, co jest prawdą? - zapytałam. Nie odpowiada. Oczy jej
rozbłysły. Widocznie to pytanie wprowadziło ją w zakłopotanie.
Zaraz. Nabiera powietrza i już ma powiedzieć to co chce wiedzieć.
-
Jeszcze nie czas na to pytanie Janjario... – wtrącił Leonard, mój
ojciec. Wolę nie pytać dlaczego. Widzę w jakim stanie są oboje.
Są dziwnie rozpromienieni i zaskoczeni! Tylko nie mam pojęcia
dlaczego?
PS. Tak, nie zapomnę o pisaniu... NIGDY! Brakowało mi tylko czasu...
Pozdrawiam
Wasza QK
Komentarze
Prześlij komentarz