Rozdział 9b

Znów tak długo zanim coś napisałam... wszystkich przepraszam, ale Liceum zobowiązuje ;)
Swoją drogą to dużo was ostatnio nie bywa, wolałabym więcej komentarzy lecz nic na siłę prawda?
Miłego czytania Tygryski :D


Rozdział 9b
Przekroczyłyśmy leżącego chłopaka i sprawdzamy czy z dziećmi wszystko w porządku. Na zewnątrz po usłyszeniu awantury wszelkie odgłosy ucichły, a ludzie zniknęli chowając się w swoich lichych domach.
- Nie odkrywajcie oczu bez względu... - świst przerwał dziewczynie, a głuchy odgłos zakłócił jej oddech. Padła na ziemię i dookoła nikogo nie było oprócz dzieci i nas obu. Z jej ciała wydobywa się aromatyczny zapach, a drewniana podłoga rozpływa się w szkarłacie krwi. Nasze oddechu zmieniły tempo. Mój przyspieszył, jej jest nierównomierny. Zamarłam. To miał być koniec jakichkolwiek kłopotów!
Tu miałam zacząć od zera!! Tu miałam z rodzicami rozkręcić nowe życie! Tu miałam je na nowo pokochać... a tylko buduje wokół siebie grubszy mur i kopię głębszą przepaść. To niesprawiedliwe.

~~
-To niesprawiedliwe!
- Janjaria, ratuj Vinca i jego rodziców... uważaj za tobą!
Uderzenie odrzuciło mnie na bok i ogłuszyło. To były harsy Bee. Rzuciły się na matkę, chciały dopaść tych, którzy są dla mnie ważni, pozbawić mnie czegoś co trzyma mnie na tym świecie. Próbowali pozbawić mnie szczęścia, a wszystko w imię czystości krwii. Kobieta leżała wtedy i wykrwawiała się na posadzkę, moi rodzice próbowali pozbyć się innych i dawali radę, a ja nie mogłam ochronić dwójki ludzi, a Vincent zginął z mojej winy. Bee szedł powoli po schodach w stronę ojca i syna, robiąc mi przy tym cholernie na złość. Udusił mężczyznę i szykował się na chłopca. Zwolnił jeszcze bardziej, delektował się każdą sekundą jego martwego z przerażenia spojrzeniem, ten pieprzony hars Bee, ta paskudna i okrutna kobieta demon, Archeriarda. Podniosłam się i skoczyłam oszalała do jej długiej mieszczańskiej sukni. Vincent zasłonił oczy, bał się, bardzo się bał. Zaczęłam zdzierać z niej materiał kawałek po kawałku w takim tempie, że nie nadążała mnie złapać. Kiedy zdarłam cały odkryłam jej nagie ciało, ale nie było ono piękne jak mówiły legendy, ono było bardzo wychudzone, nogi wyginały się w drugą stronę w kolanach, piersi były pozbawione ludzkiego wyobrażenia, a włosy w tym momencie zmieniły się w węże. Każdy zna opowieści o Meduzie, ale głoszą one, że brzydota nie odstępowała dziewczyny na krok i tu był błąd... bowiem posiadała zdolność mieszania ludziom w głowach i utrwalała wokół siebie aurę kobiety niebiańskiej i zjadała każdego mężczyznę, który szukał upojenia i każdej niechcianej kobiety, która potrzebowała miłości. Nie musiała nikogo zwabiać, ludzie sami do niej przychodzili, przychodzili ci o których nikt się nie martwił, którymi nikt się nie przejmował, a jeśli zjawiali się ci, którzy ich szukali tych też zjadała mamiąc bajkami jak dzieci. Ich dusze podstępem były kradzione i teraz płoną w jej żołądku pożerane na nowo i na nowo. Prawda jest taka, że jesteśmy demonami i nic nas nie powstrzyma przed kolekcjonowaniem ludzkich dusz i konsumowaniem wszystkiego co się rusza. W tamtym momencie jej wzrok nie okazywał nienawiści lecz smutek, ogromny smutek i przerażenie, a każdy kto na nią patrzył widział zawiść, bo takiego uroku użyła. Zauważyła, że widzę to co ma na twarzy, wiedziała, że widzę jej cierpienie z powodu obranej przez nią drogi. Nigdy nie chciała takiego życia, a istnieje od początku świata jak każdy demon i tylko się męczy. Z powodu popełnionego błędu musi wykonywać rozkazy Behemota. Przez to co widziałam znienawidziła mnie piekielnie, ale pozwoliła bym ją zaatakowała, bardzo chciała odczuć jeszcze raz ból, szczęście i spokój, ale jest demonem i to nie będzie koniec jej męczarni w pustce. Paznokcie pociągnęłam wzdłuż jej kręgosłupa, a ona padła na schody znieruchomiała. Krew spływała powoli po schodach, jej czerń zakryła posadzkę całkowicie, a na dole zmieszała się ze szkarłatną. W jej oczach już nie było cierpienia, przez ułamek setnej sekundy był tam spokój, ale dla niej trwał on wieczność, potem wróciła nienawiść. Tego samego dnia Vincent zginął przez moją żądzę. Zabili go, bo nie umiałam się pohamować, byłam słaba i wycieńczona. Wszystko dzieje się z mojej winy. Zawsze.
~~

Dziewczynki nie odsłoniły oczu, nie chciały na to patrzeć lecz chłopiec stojąc obok mnie odezwał się:
- Jest pani Aniołem to niech pani uratuje Sarę. - zaczął panicznie oddychać jak wtedy Vincent. Zamykam oczy. Zaczęłam intensywnie myśleć w jaki sposób wyciągnąć nas z tego położenia, sytuacja zaczęła mnie powoli przerastać, byłam sama nie wiedziałam jak się zachować, jak postąpić i w jaki sposób działać by za dużo nie wyszło na jaw. Miałabym niemałe problemy, gdyby któreś z nich powiedziało komuś nieodpowiedniemu i co wtedy...
Miałabym przesrane na starcie... ale muszę pomóc tym ludziom, bo mają tylko siebie nawzajem, jak ja kiedyś Vincenta.
Moja ślina może zadziałać, ale to jest człowiek, więc najpierw muszę to porządnie zaszyć. Odkażę i dopiero wtedy mogę jej pomóc. Ale to będzie dla niej męczarnią. Potrzebne są środki przeciwbólowe najlepiej morfina lub coś co można jej podać dożylnie... oni mogą nie mieć nawet tabletek.
- Thomas, proszę cię przynieś mi igły i nici, znajdź jakąś żyłkę, a jak wiesz gdzie leżą jakieś strzykawki i środki przeciwbólowe to też je przynieś. - posyłam mu lekki uśmieszek, a on idzie. Na kanapie leży poduszka, podnoszę się i sięgam po nią. Klękając, wsuwam ją pod głowę Sary i obracam ją na plecy. Słyszę tupanie na górze, chłopiec szuka tych rzeczy. Paznokciami przejechałam po koszulce, żeby ją rozciąć i zdjąć z dziewczyny. Zsuwam ją powoli, bo przykleiła się w pewnych miejscach do skóry. Kiedy rana się pokazała nie wyglądała lepiej niż to jak sobie to wyobrażałam. Cięcie jest głębokie i poszarpane przy krawędziach, ale widziałam już gorsze rzeczy, a to i tak zrobiło na mnie nie małe wrażenie. Harsy uciekły, ale ja już wiem, że to robota Rozpruwacza. Ten zboczony smakoszek nieźle potraktował ją swoimi pazurami. Kolejne kroki dochodzą do moich uszu z kuchni i łazienki. Ciekawe ile z tego co ten mały przyniesie będzie zdatne do tego co zamierzam.
- Znalazłem żyłkę i kilka igieł, do tego mam jeszcze trochę morfiny po ojcu, wziąłem jeszcze do tego coś do dezynfekcji. - stoi przede mną nie dziewięcioletni chłopiec lecz mężczyzna, który w jakiś sposób postrzega świat jak dorosły. W jakimś stopniu przypomina mnie... tak jak i te dziewczynki, i Sara.
Wydaje mi się też, że ich ojciec nie był zwykłym ćpunem oraz ukradł coś czego nie powinien nawet zobaczyć.
Biorę od chłopca wszystko co przyniósł i stawiam obok siebie. Dezynfekuję spirytusem całą ranę, rozlewając zawartość butelki na odkryte ciało. To Sarę cholernie zabolało, bo się ruszyła. To dobrze, ból cuci i tak wiem, że jak na razie wszystko z nią w porządku. Zastanawia mnie dlaczego mały przyniósł cztery strzykawki z „morfiną”. Nie prosiłam o tyle, ale może to i lepiej, bo zszywanie będzie cholernie boleć. Łapię jedną strzykawkę, pstrykam w nią i wylewam tyle, żeby pozbyć się bąbelków z powietrzem. Zdjęłam zatyczkę z igły i szukając moim rentgenowskim spojrzeniem żyły na szyi, wbijam igłę i wstrzykuję substancję do organizmu. Sara poczuła, ale nawet nie drgnęła. Po chwili wzięłam drugą i zrobiłam to samo. Z szyciem zawsze szło mi szybko. Na igłę nawlekłam żyłkę i zostawiłam pojedynczą nić, a na jej końcu zawiązałam porządny supełek. W ludzkim tempie zaczęłam nabijać mięśnie i skórę na igłę, aż czynność stała się automatyczna.
- Thomas, powiedz mi jakim cudem, za dnia dzieją się tu takie rzeczy? Jak to możliwe?-pytam.
- Ta dzielnica, cała jest taka... jak w dzień tak i gorzej w nocy. Każdy się gdzieś u kogoś zapożyczył. Prawie od każdego zbiera się haracz i każdy jest coś winny lichwiarzom lub kartelom narkotykowym. Tu tak się żyje, a jak się nie przystosujesz to giniesz lub robisz za tester narkotyków nowych generacji... - mówi poważnie, bo wie o co tu chodzi.
- Thomas zajmij się dziewczynkami i zanieście to na miejsce. - powiedziałam wstając i podając Rachel zakrwawionymi rękami butelkę alkoholu i strzykawki, a Dorothy sakiewkę z żyłką i igłami.
- Pomóż nam, nie możemy stracić Sary. Wystarczy, że taty nie ma od bardzo dawna... - zwróciła się do mnie młodsza.
- Mamy nie ma jeszcze dłużej. Jest w domu tylko jedno jej zdjęcie, bo ci bandyci kiedyś chcieli spalić nam cały dom. - powiedział Thomas. Stoję jak wryta i nie mam pojęcia co mam im powiedzieć. Nie mogę mieszać w to prawdziwej siebie, a moja ludzka osobowość musi zostać bezstronną... Życie nigdy nie było łatwe, ale im jestem starsza tym jest trudniej. Chcę, żeby to się już skończyło. By już nie było tak wielu demonów na ziemi i by był święty spokój.
- Nie mogę wam wiele obiecać, ale na razie wyleczę Sarę. Jutro będzie mogła się wami zająć, a teraz idźcie odłożyć te rzeczy. - wstając kiwnęłam ręką, dzieci podreptały na górę. Pochylam się nad patrzącą na mnie Sarą.
- Jennifer, rób co musisz wytrzymam... tylko nie pozwól zostać tej trójce samym. - jej krzywy uśmiech powędrował do mnie.
- Zaciśnij zęby, bo to nie będzie przyjemne. - podniosłam jej ręce i położyłam na klatce piersiowej. Poduszkę spod głowy wyjęłam i dałam jej w dłonie – Masz to, i zagryź każdy krzyk, który będzie się z ciebie wydobywał.
- Masz to jak w banku. -
Jej głowa uważnie opadła na podłogę. Powoli zaczęła nabierać głęboki oddech i zamknęła oczy. Jeszcze jej nie dotknęłam, ale już słyszę jak jej szczęka zaciska się na poduszce, ze zgrzytem niesłyszalnym dla ludzkiego ucha. Przysunęłam się do jej boku i pochyliłam nad świeżo zszytą raną. Unosząca się woń przypominała zapach dojrzewających brzoskwiń. Podświadomie zaczynam myśleć o tym, jakby to było gdybym jej lekko spróbowała. Czy by poczuła moje ukąszenia? Nie. Nie wykorzystuję dziewczyn w potrzebie. Nie jem takich żywych dziewczyn... na pewno takie są lepsze od tych sztywnych i zimnych. Czuję jak powietrze przepływa w pomieszczeniu, jak miesza się z oddechami. Czuję gęstość i lepkość cieczy, która płynie we mnie i tej, która krąży w Sarze. Łapię delikatnie za ramię dziewczyny, a drugą rękę kładę na jej odkrytym brzuchu. Powoli pochylam się i pozwalam na to by mój wdech wyłapał zapach. Wysunęłam język w stronę zszycia i dotykam poszarpanej skóry. Smak działa równie intensywnie jak woń. Teraz obie dobijają się do moich wyostrzonych zmysłów. Moje podniebienie zapłonęło od pikantnego posmaku w ustach, jakby czekolada z kawałkami brzoskwini i ostrą papryczką chili. Po uderzeniu falą gorąca moje tęczówki zapiekły, a oczy mnie zaswędziały, jednak dalej liżę szramę. Jadę językiem wzdłuż niej, a serce coraz szybciej zaczyna tłoczyć krew, rozprowadzając ją gorącą jak lawa po moim ciele. Oczy coraz mocniej szczypią, a ślina napłynęła mi gęściej do ust. Nie mogąc się powstrzymać objęłam wargami skaleczony odcinek z zapałem go oblizując. Sara zastękała cicho i dalej posapywała, ale z bólu nikt tak nie jęczy. Mi też ta czynność przyniosła więcej swoistego zadowolenia, a wręcz podnieciła... to jest mój pierwszy raz kiedy zlizuję krew żywego i to w dobrym celu.
Moje usta co sekundę postępują coraz wyżej i wyżej. Pną się po winorośli życia, słodzonej nieszczęściem i odpowiedzialnością. Jednak im wyżej jestem tym bardziej krew traci na pikanterii. Kroki dzieci na piętrze zdekoncentrowały mnie na moment, ale od razu wróciłam z powrotem do czynności. Zaczynam wyczuwać w limfie lekko kwaśny akcent smakowy. Jakby miało to oznaczać wszystkie wstydliwe i nieprzyjemnie trudne chwile w życiu dziewczyny. Będąc już przy samym końcu rany smak się nagle zmienił. Ze słodko-kwaśnego na nieprzebłaganie gorzki i mdły. Mój język dotykając kolejny raz rany zapiekł z gorąca, a oczy zabolały. Słysząc jakieś odgłosy za uchylonym oknem zerknęłam w jego stronę. Z tego co zauważyłam zza zasłon w szybę pukał dziobem biały kruk.
- Co ty tutaj robisz ptaszku? Leć się ukryć, bo za chwilę zacznie padać. - ptak szarpnął główką kilka razy i mrugnął powiekami, ale się nie ruszył. Spojrzałam, więc w stronę lustra mając uczucie pieczenia moich oczu na uwadze i... nie mogę nic wykrztusić. Zaniemówiłam. Moje źrenice ze zdumienia się rozszerzyły, a usta rozwarły w zdziwieniu. Moje oczy nie były już głęboko czekoladowe ani nawet obrzydliwie czerwone lecz złote jak tarcza Słońca w południe, a w moich ciemnych kręconych włosach znajdują się pióra o odcieniu chmur podczas zachodu Słońca w niewysokich górach. Moje zakrwawione ubranie zniknęło, a na jego miejsce pojawiło się inne. Wisi na mnie piękna śnieżno biała sukienka, wiązana na szyi złotym sznurkiem, przepasana kolejnym w talii. Siedzę na brudnej, cholernie brudnej posadzce, całej w plamach krwi pode mną, a ona nawet nie jest zatarta tą czerwienią. Jest długa i delikatna przypominająca okrycie z chmur lub z mgły, aksamitna jak płatki róż. Błyszczy się jakby ktoś ją uszył z pajęczych nici kropionych rosą. Ziemskie materiały nie są takie.
- Jak na potwora to nieźle mamisz pięknem Jennifer... - chrząknęła Sara. Wzdrygnęłam się zaskoczona jej komentarzem.
- Tylko mi nie mów, że zmieniłaś zdanie i nie zamierzasz żyć. - rzuciłam ironicznie. Powoli rozciągając usta w triumfalnym uśmieszku zaczęła cedzić odpowiedź.
- I stracić możliwość porozmawiania z „niebiańską dziewicą”? Nie ma opcji! - zaśmiała się. Zaraz się opamiętała, bo przerwał jej ból. Zakaszlała i położyła się luźno na ziemi – Jeśli właśnie tak to jest być gryzionym przez demona to całkiem ciekawe doświadczenie. Wiesz, że nawet mi się podobało, chociaż kurewsko szczypało i nadal szczypie. Kiedy to się zacznie leczyć? - ledwo wypowiedziała te słowa, a jej rana zaczęła z szelestem się zasklepiać. Ten odgłos jest dziwny, jakby potrzeć o siebie włosy. Do tego po chwili dołączyła do tego niezwykła jasna i ciepła poświata.
- Aaa... cholerka, to trochę piecze i swędzi.
- Nic ci nie będzie. Moje goiły się podobnie.To chwilę zajmie, bo ta rana nie była za ładna... - zaczęłam.
- Hej, twoje oczy... -
- Co?! -
- Wracają do normy i ta suknia znika... - w trakcie jej wypowiedzi rzeczywiście moje oczy zaswędziały, a moje brudne zakrwawione ubrania wróciły na swoje miejsce. Znowu czułam się obrzydliwie nieczysta.
- Już wszystko jest na swoim miejscu, Jen... Sara!! - dzieci pojawiły się momentalnie, zaraz po zniknięciu moich „atutów”. To dobrze, że tego nie widziały. Im mniej wiedzą tym lepiej dla nich. Podniosłam się i już miałam wychodzić, gdy błysło na zewnątrz i zagrzmiało.
- Jennifer, przyjdziesz nas odwiedzić kiedyś? - odezwała się Rachel.
- Myślę, że znajdę kiedyś czas, więc pewnie jeszcze przyjdę... -
- Cieszę się. - odwróciłam się i podchodzę do wyjścia.

Pozdrawiam Wasza ;)
QK

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Rozdział 4

Dodatek...

Rozdział 10a