Rozdział 7
Witam, witam! ;D
Coś udało mi się wycisnąć, więc wrzucam...
Coś udało mi się wycisnąć, więc wrzucam...
Rozdział
7
Tak
sobie myślę o tej „transfuzji”... czy to te potwory mnie czymś
zatruły? Jeśli tak, to czym? Może było to w tym momencie kiedy
pocięli moją skórę tymi długimi i ohydnymi pazurami? Dlaczego
rodzice nie chcą mi nic powiedzieć?
Ostatni
raz spojrzałam na zegarek o godzinie szóstej dwanaście, gdy
schodziłam ze stołu. Teraz jest siódma pięćdziesiąt... rodzice
od tamtej pory krzątają się po domu to w jedną to w drugą stronę
po naszemu. Siedząc na kanapie w salonie założyłam słuchawki i
ciszej puściłam utwór Eluveitie, tak bym mogła słyszeć czy moi
starsi coś mówią. Chwilę tak czekam i nic! Cisza! To
przytłaczające uczucie... oni wiedzą, a ja nie mam pojęcia o co
chodzi. Kilka szybkich skrzypnięć i wiatr powiał mi po twarzy.
Mama się zatrzymała przy mnie. Czuję ją. Ładnie pachnie, ale nie
przez perfumy ani feromony... tak trochę troską trąci. Spojrzałam
na nią ściszając muzykę.
-
Janjario, ja z ojcem wychodzimy załatwić sprawę z naszym zbiegiem.
Coraz więcej smrodu w naszej dzielnicy... masz. - rzuciła w moją
stronę podręczny i średniej wielkości nożyk w czerwonym futerale
w folkowe wzory i kwiaty. Podświadomie się uśmiechnęłam na
wspomnienie słowiańszczyzny.
-
To ode mnie córeczko... - dodała Caroline drżącym głosem.
-
Tak, dziękuję Ci... - odpowiedziałam. Kobieta zwróciła się w
stronę schodów i już miała wbiec na górę lecz jej przerwałam.
-
Zamierzacie wrócić... kiedy? - zapytałam. Caroline spojrzała na
mnie z lekkim udawanym zdziwieniem, ale zauważyłam, że jest
zaniepokojona.
-
Spokojnie Jann... nie zarżną nas. Patrz... pamiętasz jeszcze moją
Junnari? - pojawił się z drugiej strony ojciec, gdy odwróciłam
głowę to już siedział obok mnie z chińską kataną w ręku.
-
Czy pamiętam miecz, który wręczyła Ci żona cesarza
dynastii Song? Też pytanie... pewnie, że tak! Nie
pamiętam sytuacji, w której Ci go podarowała pani She
Taijun... pamiętam jeszcze tylko, że Yang Linggong, jej
mąż i ich ośmiu synów, sztuki walki opanowali do perfekcji... nic
poza tym, nie pamiętam jak mi o tym opowiadaliście. Nie widzę
wielu swoich wspomnień wstecz, od momentu, gdy harsy mnie
zaatakowały. - oznajmiłam.
-
Nic dziwnego Leonardzie... widziałam kruka... - pacnęła mama. Tato
zgromił ją wzrokiem po czym zerknął na moje błądzące
spojrzenie.
-
Jann, walczyliśmy z Caroline przeciw królestwu Liao pomagając
Yang'om. To dzięki naszym zdolnościom zostaliśmy wprowadzeni na
królewski dwór... oczywiście nikt nie wiedział kim naprawdę
jesteśmy. Cesarzowa widząc jak szybko opanowujemy coraz to nowe
umiejętności, poprosiła swojego męża by ćwiczono nas razem z
ich synami na genialnych wojowników. On się zgodził i opanowaliśmy
sztuki walki mistrzowsko. Byliśmy tak dobrzy, że po kilku starciach
z wrogim klanem miejscowa ludność nazwała nas demonami Tengu... -
-
Tak, pamiętam tę nazwę... ptaki z ludzkim tułowiem i głową,
ale z ostrymi jak brzytwy szponami, hakowatymi i szpiczastymi
dziobami zamiast ust. - przerwałam.
-
…tak, dokładnie – kontynuował ojciec – jak tylko to
przezwisko dotarło do dworu, to przyodziano nas w czarne peleryny i
materiał zakrywający głowę, a jeszcze jak na złość dano nam
sztuczne dzioby. Zakładaliśmy je przed wyjściem na bitwę. Wtedy
bardziej się nas bano. Przesądni ludzie rozsypywali w progach drzwi
sól, byśmy nie mogli sprowadzić na nich nieszczęścia –
oczywiście robiono tak po stronie wrogiej
granicy. Po pewnym czasie od sytuacji takich jak zwinne unikanie
strzał wrogów i ich ciosów oraz uchraniania od zguby innych
żołnierzy, w potrzebie, Cesarzowi coś się wydało nie jasne... -
zrobił przerwę, więc mama przejęła historię dalej.
-
W nocy, w obozie po którejś z kolei bitwie kazano nam zjawić się
w namiocie carskim. Przed wejściem było dużo więcej straży niż
zazwyczaj. Zawsze chodziliśmy na boso i to się przydało. Na
ziemi zobaczyliśmy nieprzerwaną linię soli. Dobrze, że mieliśmy
długie płaszcze, więc gdy bez zatrzymania szłam dalej po lewej
stronie wejścia przerwałam ją palcem u stopy. Gdybym tego nie
zrobiła, utknęlibyśmy w tym okręgu, który rozsypano wzdłuż
rozciągającej się ciemno czerwonej tkaniny. Jak weszliśmy do
środka towarzyszyło nam piękne wnętrze namiotu. Na
wewnętrznej stronie materiału były wyhaftowane złotą nicią
smoki najróżniejszych kształtów. Cesarz powitał nas
przyjaźnie. Normalnie pomyślałabym, że zaprosił nas na
pogaduchy, ale teraz wiedziałam, że chce nas sprawdzić. Na
stole biesiadnym były rozłożone potrawy i każda była zanadto
posolona, do sushi także dodano soli i była ona nawet w sake. Lecz
musieliśmy zasiąść do uczty... jakoś to przetrzymaliśmy,
chociaż pieczenie i łzawienie oczu tłumaczyliśmy efektem po
zjedzeniu potrawy doprawionej wasabi. Sól wypaliła nam
wnętrzności, to było okropne uczucie i jeszcze do tego ludzkie
jedzenie smakowało jak wymiociny. Uwierz, mieliśmy takie
szczęście, że nie musieliśmy uciekać używając mocy... trudno
było potem dojść do siebie po tak wyniszczającej ilości soli. -
-
No i dobrze robię, mówiąc, że sól to biała śmierć! -
zaśmiałam się, co odwzajemnili delikatnymi uśmiechami.
-
Tak. Zmierzam do tego, że cesarzowa od dawna wiedziała o naszym
sekrecie. Można powiedzieć kobieca intuicja. Kiedy wróciliśmy do
namiotu, Ona tam na nas czekała ze skrzynią przed sobą. Okazało
się, że leży w niej święty miecz należący do kobiety, ludzkiej
kobiety, która własnymi siłami zabiła „Tengu” - harsa.
Pani Taijun powiedziała też, że nie możemy używać tego miecza,
ponieważ jest on przeznaczony Tobie Janjario, naszej córce.
Wtedy jeszcze Cię z nami nie było i troche nas ta wiadomość
zszokowała.Wiesz co się potem okazało? Ten miecz został
podarowany przez kobietę z ludu słowiańskiego, która uciekła
razem z dziećmi od wojny toczącej się w jej ojczyźnie. W zamian
za schronienie ta kobieta dała tą broń chińskiej panience
imieniem Junnari, która to od tamtej pory nie bała się demonów i
innych złych duchów, ponieważ ten miecz był jej
„magiczną własnością”. Starzejąca się kobieta
przekazała też wiedzę dotyczącą ochrony przed nieszczęściem, w
tym właściwość soli i bazi oraz goździków. Początkowo ten
miecz nosił nazwę „Dar od Boga”, ponieważ już wcześniej
kobiety dostawały go on innych kobiet w chwilach kiedy potrzebowały
ochrony i modliły się o cud... Zobacz, jest tu wygrawerowane
wszechwidzące oko Pana. - kończąc, mama zrobiła głęboki
wdech i powoli wypuściła powietrze z płuc. Z wrażenia szczęka
opadła mi prawie na ziemię.
-
Za pierwszym razem też zrobiłaś taką minę, kochanie... - szepnął
tato. - tak, więc zostawiamy Ci twoją własność i zbieramy się...
-
Coś
nagle zabiło w szybę.
Kruk?
Co on tutaj robi?
Nie ma za co...
Pozdrawiam QK
Łaknę nowego rozdziału ! Proszę...
OdpowiedzUsuń