Rozdział 3
Jupi!!! Jest następny...
Witam! Miłego czytania ;)
Rozdział
3
Stanęłam
przed drzwiami do domu i włożyłam rękę do kieszeni moich
Wranglerów. Wyciągnęłam klucze i wsunęłam jeden z nich do
otworu zamka potężnych, dębowych wrót. Wiatr zaszumiał między
liśćmi drzew, aż poczułam chłód na twarzy. Nabrałam powietrza
do płuc tak mocno, że zabolało. Nagle poczułam delikatną,
kwiatową woń, jakby polana poddana wiosennej próbie pobudki
do kolejnej chwili świetności mieszającą się z męskimi
lekko miętowymi perfumami, przypominającymi lodowe cukierki
lub landrynki ostre, aloesowe, którymi kiedyś częstował mnie mój
martwy już ludzki kuzyn. Widziałam go tylko trzy razy, ale to
wystarczyło, żeby się do niego przywiązać. Trzy razy nie znaczą,
że krótko go widziałam. Nie trudno domyślić się jak
zginął. Krew napłynęła mi do głowy wartkim strumieniem, a
oczy zaszły mgłą na to wspomnienie. „Byłaś jeszcze mała, nic
nie mogłaś zrobić” - tłumaczyłam sobie w myślach. Słodkawa
woń napłynęła kolejną falą. Odruchowo oblizałam wargi i
wybałuszyłam oczy, bo znam ten zapach. Sekundę zajęło mi
domyślenie się czyj to odór. Pozornie miły na dłuższą
metę robi się irytujący. Tylko dwie osoby „pachną” tak
„oryginalnie”. Madlen i Joe. Cholera, śledzili mnie! Zatłukę
tę dwójkę w szkole, a na razie muszę ich jakoś spławić.
Zdezorientowana spojrzałam pod nogi. Zobaczyłam trzy męskie
cienie rzucone przez światło latarni na schody. Tętno mi
przyspieszyło, ale nie powiem, że się boję. To raczej trwoga
zamarła mi na twarzy. Po smrodzie jaki bije od nich, wiem, że to są
Harsy Lee. Jakim cudem mnie znaleźli?! Moi rodzice zamaskowali nasze
ślady pozostawione przez feromony. Ktoś im musiał nakonfić!
Ktoś ode mnie ze szkoły albo od taty lub mamy z pracy. Rodzina nie
ma pojęcia, gdzie przebywamy, za to my wiemy, gdzie znajdują się
oni. Moja ręka wyciągnęła klucz z zamka i powędrowała z
powrotem do kieszeni spodni. Zachowując zimną krew i pokerowy wyraz
twarzy odwróciłam się w stronę opustoszałej ulicy. Ujrzałam
trzech muskularnych, łysych mężczyzn ubranych w spodnie moro lub
dżinsy z łańcuchami przy kieszeniach w czarnych, skórzanych
kurtkach. Na szyjach z ich lewej strony mieli wytatuowany
kompas, oblewany z każdej strony przez fale. Jest to znak
przynależności do Lewiatana. Wszyscy patrzyli na mnie morderczym
wzrokiem. Kiedy znowu poczułam ten smród zrobiło mi się
niedobrze. Ja powyrzynałabym ich z powodu tego okropnego odoru.
Uśmiechnęli się szyderczo do mnie swoimi wężowatymi kłami.
Nagle ich źrenice przybrały pionowy kształt, a tęczówki
zabarwiły się na czerwono. W tym momencie zza rogu ulicy dobiegł
dziewczęcy pisk. To Madlen! Cholera, kompletnie o nich zapomniałam!
Dyskretnie spojrzałam na zegarek. Kurcze, rodzice jeszcze pracują!
Co mam teraz zrobić...
- Puszczaj mnie!!! - krzyknęła dziewczyna, szamocząc się na wszystkie strony.
- Puszczaj mnie!!! - krzyknęła dziewczyna, szamocząc się na wszystkie strony.
-
A tylko spróbujesz się ruszyć, maleńka... - odrzekł do mnie
najniższy.
-
Zostaw ją! - wrzasnął Joe i olbrzymi mężczyzna zdzielił go po
twarzy pięścią.
-
Nie pozwalasz sobie na zbyt wiele, tłoku. - wymamrotałam
szyderczo i bez emocji. Muszę jakoś zareagować, inaczej nie
napiszę tego pieprzonego referatu na biologię!
-
Heh, co ty powiedziałaś - mieszańcu?! - odwarknął jeden z nich.
-
To co słyszałeś, półgłówku! Zostaw ich w spokoju albo...
-
...albo co, Kundlu?! - zadrwił inny.
-
Podobno jesteś tak samo bezwartościowa jak ta kupa mięcha -
najwyższy wskazał na Joe'go z pogardą.
- Dokładnie.
Zjedlibyśmy cię, gdyby nie fakt, że sam Władca chce cię żywą.
-
Macie pewność, że nie musicie się mnie bać? - ostatnie słowo
wypowiedziałam z naciskiem, by wywołać reakcję u tych pijawek.
Jeden z nich głośno przełknął ślinę. - Jak widać nie wszyscy
mają ochotę ze mną zadzierać.
-
Stul się!!! Nie potrzebujemy, aby jakaś marna podróbka Harsa nam
podskakiwała - warknął ten który trzymał Madlen. Zauważyłam,
że zaciska na niej coraz mocniej swoje obleśne łapy. Słyszę jak
szybko bije jej serce, jak drży jej oddech. Spojrzała na Joe'go.
Dopiero teraz zauważyłam tą białą aurę otaczającą jej ciało.
Nagle Lee zawył z bólu. Jak zauważyłam, z palca ściekała mu
krew. Zlizał szkarłatną strużkę krwi i rana zniknęła, nie było
już po niej śladu. Podniósł rękę i uderzył po twarzy Madlen.
Dziewczyna zemdlała.
-
Lodger, weź se tą małą. Dawno nic nie jadłeś. - palnął, chyba
ich szef, ten najmniejszy.
-
Nie!!! - wrzasnęłam ochrypłym głosem. Za późno, bo Lodger już
próbował wgryźć się w tętnicę i wprowadzić toksynę do
organizmu Madlen.
-
Au... cholera jasna!! - zaklął.
-
Co jest znowu?!
-
Kur** nie da się wkuć w to ciało! Chyba ułamałem kieł!! -
Czyżby
tarcza? Aura jasnością, jakby mocniej zabiła! Dziwne... łuna
rażącego światła ją otacza. Na szyi nawet zadrapania nie ma. No
tak! Ma medalik na sobie! To przez wisiorek.
-
Jak to?! To spróbuj tego młokosa! -
Ale
on nie ma. Cholera! Zabiją go! Jak go uratować...?
-
Nawet go nie poliżesz!!! Ty glizdo ludzka! Myślisz, że pozwolę ci
mu coś zrobić?! - powiedziałam.
-
Myślę, że nie dasz rady mnie powstrzymać... - odpowiedział.
Rzuciłam się w jego stronę, z szybkością większą niż prędkość
światła. Podwinęłam rękawy, aby nimi o nic nie zaczepić.
Odwiodłam ramiona Harsa do tyłu, na plecy. Złapałam go za włosy
i głowę szarpnęłam w dół. Coś głośno strzeliło. Osobnik,
którego trzymałam runął na kolana, a Joe padł na ziemię. W
mgnieniu oka inni złapali mnie za ręce i głowę, a Joe'go
przygwoździli do ziemi.
-
Ty mała suko!!! Zabiję cię! - wykrztusił ten, któremu złamałam
kark.
Harsa
nie da się zabić jednym ciosem. Trzeba odciąć mu głowę i spalić
ją. Potem rozczłonkować ciało i zakopać w miejscach odległych
od siebie o kilometr.
Jeden z
pierwotnych przygniótł klatkę piersiową człowieka kolanem.
Chłopak zaczął krzyczeć z bólu, a ja usłyszałam gruchot jego
żeber. Jako jedyna chyba, bo inni się tylko przyglądali i śmiali
się maniakalnie. Nagle jęki człowieka przeciął przeraźliwy
i przenikliwy wrzask, który przerodził się w straszny, cichnący
chargot. Wszyscy spojrzeliśmy w stronę odgłosu opadania na ziemię
ciała. W ciemności ulicy udało mi się dojrzeć płonące
wściekłością, gadzie oczy mojej mamy wyszarpującej wielki
sztylet z pleców Lodger'a. W tym momencie jego ciało rozpłynęło
się i została po nim niewielka kałuża przezroczystego śluzu.
Teraz runął na ziemię Hars, który trzymał mnie, tato
podciął mu gardło, a następnie ten przygniatający Joe'go, ojciec
odciął mu głowę. Dwaj pozostali po zorientowaniu co się dzieje,
rzucili się do ucieczki. Jeden trzymał Madlen. Zaczął
uciekać tempem nadnaturalnym z moją znajomą. Mama rzuciła w niego
sztyletem, który wbijając mu się w kark, po chwili spadł
na ziemię z metalicznym brzękiem, a ja pospieszyłam się i
złapałam dziewczynę. Nie chciałam, żeby upadła na tą
obrzydliwą ciecz. Ten drugi zdążył uciec tacie i nasza
kryjówka jest już spalona. Podeszłam do miejsca, w którym
leżał Joe i położyłam dziewczynę obok niego. Chłopak
spojrzał na mnie w momencie, gdy obracałam w dłoni sztylet,
zaśmiał się i stracił przytomność – pewnie z bólu. Broń
wsunęłam mamie do futerału. Stanęłam przy niej i tacie. Oboje
objęli mnie ramionami, a ja poczułam, że chwilowo nic mi się nie
stanie.
-
Mamo, w jaki sposób jeden cios nożem wystarczył?? - zapytałam.
Harsa
nie da się zabić jednym ciosem...
-
Kochanie...
-
Proszę mamo, powiedz! - nalegałam.
-
No dobrze... bo widzisz, sztylety są namoczone w pewnej
substancji...
-
Jakiej? -
-
Janjario!- skarcił mnie tato. - Caroline tylko
nie... - spojrzał na mamę.
-
Leonardzie, spokojnie... - zwróciła się do taty – dla twojego
dobra, nie powiem Ci córuniu. - wyszeptała mi do ucha.
-
Dobrze nie chcę wiedzieć... -
-
A teraz moje drogie panie, trzeba tu posprzątać. -
rzekł tato. Pocałował mnie w czoło, a mamie dał całusa w
policzek. Caroline z matczyną czułością pogłaskała mnie po
twarzy i kazała iść do domu. „My się wszystkim zajmiemy”
powiedziała i posłała mi ciepły uśmiech, a tato podszedł
jeszcze i poprawił kosmyki rozczochranych włosów. Odwróciłam
wzrok w stronę schodków do domu, a na poręczy siedział biały
kruk. To nie możliwe! Biały kruk?! Przygląda mi się, uporczywie
świdruje wzrokiem. Rozłożył skrzydła i tyle go widziałam.
Pokręcony dzień.
Co
to mogła być za substancja, o której wspomniała mama? Mam
nadzieję, że Joe przeżyje, bo muszę z kimś napisać ten
referat... to wszystko moja wina. Ta aura Madlen mnie zastanawia. Co
ją spowodowało? Lodger nie potrafił się w nią wgryźć. Co to
może oznaczać? I ten ptak. Biały kruk... dziwne, mało realne, tak
jak całe moje życie. Cholera ten jeden Lee uciekł, a wie gdzie się
znajdujemy! Niedługo wszyscy się tu zjawią i urządzą krwawą
jatkę w moim mieście. Muszę się przygotować na najgorsze.
Potrzebuję własnego uzbrojenia.
Pozdrawiam
Wasza QK
Komentarze
Prześlij komentarz