Rozdział 5b
Dobry wieczór. :)
Kolejna część historii o Janjarii Jennifer Arcanum naszej Hybrydzie LeBee.
Serdecznie zapraszam... ;D
Kolejna część historii o Janjarii Jennifer Arcanum naszej Hybrydzie LeBee.
Serdecznie zapraszam... ;D
Rozdział
5 b
Podniosłam
wzrok. W tej chwili widzę martwy wyraz twarzy ofiary. Jego oczy
jeszcze otwarte lecz puste i oczekujące nadchodzącego snu.
Otwieram usta szykując się do ukąszenia. Zbliżyłam się
do szyi mężczyzny, wdychając woń ulatującego z niego życia.
Wargami już dotykam cieniutkiego naskórka. Oblizałam miejsce, w
którym chcę wstrzyknąć neurotoksyczną wydzielinę. Człowiek
się wzdrygnął, a przez moje ciało przeszedł gorący dreszcz
podniecenia. Patrząc na pulsującą żyłę, słyszę jak rozsuwa
wargi by wypowiedzieć ostatnie zdanie zanim poderżnę mu gardło.
Nabiera oddech. Jego gardło zaświszczało przy tej czynności. W
moich uszach chwila ciszy dłużyła się godzinami zanim zaczął
mówić.
-
Appolyon! - powiedział i poczułam jego blaknące spojrzenie na
sobie. Jedną ręką przekręciłam jego głowę tak, by skóra była
naciągnięta, żebym nie musiała poprawiać ugryzienia. Otworzyłam
usta jeszcze raz i wgryzłam się. Ciepła limfa otacza moje kły
jadowe, a ja powoli wstrzykuję truciznę. Odgłos przekłuwania się
przez ciało przypomniało mi odgłos pierwszego gryza jabłka.
„Owoce... Vincenty,
mój kuzyn uwielbiał jabłka, a szczególnie ligole. To on przekonał
mnie do roślin. Ja chciałam jeść samo mięso. Wspinaliśmy
się po drzewach, żeby zrywać gruszki i morele albo czereśnie.
Vinc jadł je nie zaglądając do środka. Ja zawsze musiałam
sprawdzić czy nie ma tam robaka. Któregoś razu jak znalazłam
robaczywą śliwkę to zabrał mi ją i powiedział, że to też
mięso tylko czyste białko. Włożył ją do buzi, a po chwili
wypluł tylko pestkę. Zawsze go podziwiałam, chociaż był młodszy
ode mnie. Miałam wtedy sto pięćdziesiąt lat, a on był pierwszym
człowiekiem, na którym mi zależało. Do tej pory nie zaglądam do
środka owoców. Czasem miewam przebłyski o tym co działo się w
przeszłości, ale tylko czasem, od ostatnich wydarzeń nie pamiętam
niczego wstecz od skończenia czterystu lat.”
Przypomniałam
sobie coś. Na moich siatkówkach pojawiły obrazy przeszłości.
Moment jeden z wielu ważnych. Tylko jedna sytuacja. To i tak
dobrze. Czasem bywa tak, że widzę tylko ujęcie lub klatkę
zdarzenia.
„Krew,
dużo krwi. Szkarłat rozlewający się na marmurową posadzkę i
drobna osóbka w kałuży. Postać stojąca nade mną o mrocznym
cieniu jakby należącym do Tanatosa. Cienki
pisk, chyba dziecka... pewnie mój. Dookoła odgłosy walki
i bulgoty skręcanych karków. Zostałam sama spojrzałam na
podłogę przyglądając się mojemu odbiciu w lustrze
limfy. Sylwetka moja, jednak niedokładnie widzę swoją
twarz, zastanawiają mnie też skrzydła należące
do mojej osoby. Naprzeciwko mnie, w powietrzu unosi się
mały, drobny biały płomyczek. Połknęłam go? Szykuję się do
skoku... nie ja wznoszę się w powietrze! Odlatuję?
Powróciłam
do chwili obecnej. Falą zimna napłynęło kolejne wydarzenie lecz
mam powody sądzić, że poprzednie do mnie nie należało. Uniosłam
się na kolana rozkładając na boki zabrudzone aktem jedzenia ręce.
Czuję coś podążającego przez moją formę utkwioną w powłoce.
W jednej chwili wspomnieniu towarzyszy na wskroś przeszywające
zimno.
„Lato,
sad przy łące i posiadłości moich rodziców; państwa Arcanum,
rodziny Vincentego; Decent'ów i sąsiadów Goodfall'ów.
-
Janjario, zejdź już z tego drzewa! Mamy dość jabłek, a mamie
wystarczy na placek...
-
Czekaj Vinc u sąsiadów coś się dzieje...
-
Co? Co tam widzisz?
-
Pan Goodfall... on... - powiedziałam przerażona szeptem. Już
wiedziałam, że to nie zadziała, że on nas słyszy.
-
Co się stało, powiedz mi! - wypowiedział donośnie mój
towarzysz. Pan Goodfall zmierzał w naszą stronę, jego ciało
było teraz naczyniem Harsa.
– Nie
żyje... - powiedziałam – uciekamy Vinc, ON tu idzie, po nas... -
z jego twarzy zniknął uśmiech, zamienił go lęk i strach.
Zeskoczyłam z drzewa upuszczając wszystkie zebrane jabłka.
Chłopiec też wszystkie upuścił. Dałam mu znak, żeby wszedł mi
szybko na plecy. Gdy to zrobił, ruszyłam z stronę jego domu, w
którym byli nasi rodzice.
Zakrwawionymi
rękami złapałam się za głowę, którą przeszywał ból jakby
ktoś dźgał mnie w tył czaszki. Z braku siły osunęłam się na
trupa, jedną ręką opierając się o ramię denata.
-
Mamo! Lee nas zaatakował, Vinc jest ranny... - wypowiedziałam
zasapana wnosząc nieprzytomnego na rękach do salonu. Jego ciepła i
aksamitna skóra zaczęła robić się blado sina. Caroline nie
zadała mi żadnego pytania, tylko rzucała w moim kierunku
komendami. Wszystko działo się w nadnaturalnym tempie, więc jego
rodzice nie wiedzieli co się dzieje...
-
Leonardzie mamy nieproszonego gościa. Czy mógłbyś się tym zająć?
- powiedziała spokojnie posyłając tacie znaczące spojrzenie.
-
Ależ oczywiście Moja Droga... - wstał i wyciągnął zza kamizelki
sztylet.
Tym
samym zabili Harsy Lee, które zaatakowały mnie.
Odgłos
wyciąganego z pokrowca noża, chwila szamotania, zdławiony oddech i
osunięcie się kogoś na ziemię. Mama wręczyła Vincenta w ramiona
jego ojca i coś wyszeptała mu do ucha. Tętno jego i jego żony
przyspieszyło, oddechy także były niespokojne. Stanęli w rogu
pokoju, a ja i mama ich osłanialiśmy. Mam równe szanse z
pochodnymi, ponieważ jestem mieszańcem. Mam więcej siły i jestem
szybsza od zwykłego Harsa. Przypomniało mi się momentalnie, że
napastnik nie był sam. Kiedy oglądałam się za siebie podczas
ucieczki, widziałam dwie sylwetki. Zerknęłam na przyglądającą
mi się mamę. Mój oddech też przyspieszył. Nabrałam powietrza do
płuc.
-
Tato było dwóch!!! - w tym momencie zostałam odepchnięta na bok
przez drugiego. Drewniana posadzka pod naciskiem siły mojego odrzutu
popękała. Podniosłam się i ruszyłam na Bee, który w tym
momencie uderzył moją mamę pięścią w twarz. Caroline upadła na
podłogę, a Hars zaczął ciągnąć ją za włosy. Próbował tak
złamać jej kark. To była sekunda. Cichy trzask i mama leży bez
władzy pod nogami potwora.
-
Mamo! - Bee spojrzał na mnie z pogardą. Głośno przełknęłam
ślinę. - Ty nie masz wstydu! Ty, ty potworze!!! - krzyknęłam do
niego.
-
Możliwe, ale to ty masz brudną krew... - powiedział ze śmiechem.
Skoczyłam na niego sadowiąc się na plecach. Stopami zaczepiłam
się o jego biodra, a kolanami zaczęłam zgniatać mu żebra.
Trzymając włosy zaczęłam je wyrywać. Wrzasnął i złapał mnie
za kark. Ciągnąc do góry próbował mnie zdjąć z siebie. Udało
mu się to i wylądowałam z głuchym hukiem przy jego nogach. Uniósł
jedną i depcząc po mojej szyi zaczął dusić. Wpatrywałam się w
jego oczy pełne nienawiści i lęku. Obraz zaszedł mi mgłą, więc
zobaczyłam tylko jak Tato się na niego rzucił. Wbił
mu ostrze w serce, a ten zamienił się w kupkę popiołu. Jego słowa
dźwięczą mi teraz w uszach;
-
Z prochu powstałeś w proch się obrócisz -
Ockniętej
mamie pomógł wstać. Otrzepał się z piachu i podszedł mnie
podnieść.
Słaba,
po przypomnieniu sobie przeszłości, zapragnęłam zagasić głód i
pragnienie. Lecz zamiast wziąć zamach i potraktować gardło
paznokciami ostrymi jak brzytwa, zewnętrzną stroną dłoni zatkałam
usta, ponieważ do gardła napłynęła mi żółć i zrobiło mi się
nedobrze...
-
Nie, nie zjesz go Janjaria! Nie chcę!! - powiedziałam do siebie.
-
- Niedobra dziewczynka. - - skomentował cienki i syczący głos.
-
- Miałaś go zjeść! - - powiedział inny głos, donośny i ciężki.
-
Co?! Kto tam jest? Kto to mówi?! - zapytałam zaskoczona czyjąś
obecnością.
Pozdrawiam...
Wasza QK c(:
Świetny rozdział! Dopiero teraz zajrzałam na twojego bloga, przez co przegapiłam poprzednia notkę...
OdpowiedzUsuńSześćset lat... no no, nieźle. Rozwaliło mnie to, jak (poprzedni rozdział), napisałaś, że ma sześćsetne urodziny, a potem "Tak, ja Jennifer Arcanum, zwykła nastolatka..." Minęło dobre kilka minut zanim zaczęłam czytać dalej.
Janjaria zabiła swoich rodziców? Ale jak to możliwe, że nie pamięta tego, tylko musi sobie uświadamiać?
A na koniec (wracam do tego rozdziału) jeszcze się ze sobą kłóci... i ten głos... kto to? Pisz jak najszybciej bo zwariuję (i daj mi znać na pocztę)
Pozdrawiam i życzę weny, Aga <3
Czemu cenisz moją Jennifer tak nisko... ''':\
UsuńSpokojnie... to jeszcze nie koniec ;D
U mnie zawsze możesz "spamić" Kochanie ;)