Rozdział 11

Witam bardzo serdecznie :) właśnie wstawiam nowy rozdzialik, więc mam nadzieję, że wybaczycie mi tak długą nieobecność... Achh ten koniec roku szkolnego w LO
Miłego czytania :D




Rozdział 11
Miałam nadzieję, że ten list przybliży mi moją sytuację. Dupa! Nic z tego nie rozumiem. Kruk nadal siedzi na oparciu krzesła, lekko zerkając w moją stronę z zaciekawieniem. Podniosłam rękę, którą trzymam pusty krzyżyk i przybliżyłam go do twarzy. Chcę znaleźć jakiś napis, jakieś zadrapanie, jakąś wskazówkę... chyba raczej nic nie znajdę, bo przedmiot jest nieskazitelnie czysty. Caroline napisała, żebym spaliła list, ale jestem na to zbyt zmęczona psychicznie. Powoli się podniosłam i odłożyłam krzyżyk na nocny stolik. Wstałam podeszłam do szafy wmontowanej w ścianę. Otworzyłam ją, wyjęłam luźną listwę pod sufitem, a kartkę włożyłam do wentylacji tuż obok karteczek ze śniadania od rodziców. Zebrało się tu pełno kurzu. Obejrzałam jeszcze tylko kilka liścików i podświadomie się do siebie uśmiechnęłam. Przypomniały mi się komentarze Madlen i Joe'go na widok tych karteluszek. W tym momencie moje serce mocniej zabiło. To idiotyczne, że będąc samej w domu myślę o ludziach. Odłożyłam sklejkę na miejsce i wyszłam z szafy. Zamykając jej drzwiczki miałam wątpliwości by zostawić tam te rzeczy. Domykając wstrzymałam oddech. Odetchnęłam dopiero kiedy się odwróciłam. Zerknęłam w stronę łóżka i widząc, że kruk kręci się przy moim wisiorku, przegoniłam go. Ten spokojnie przysiadł na wezgłowiu.
- Głupie ptaszysko. Tylko nie właź mi do pościeli. - powiedziałam podchodząc bliżej. Przy etażerce jeszcze raz zerknęłam na krucyfiks. A jeśli moje istnienie doprowadzi do apokalipsy... Mimo tego, że ludzie są beznadziejni, a demony krwiożercze to lubię być na tym świecie. Nic nie jest tak piękne jak widok wschodzącego nad górami Słońca lub pełnia Księżyca w letnią przychmurzoną noc. Rozkwitanie i przekwitanie kwiatów ma swój niebywały urok. Jeśli miałabym stracić to wszystko to... nie wiem. Nie dopuszczę do tego. Wsunęłam się pod kołdrę i jak tylko usłyszałam jak deszcz lunął ponownie, zasnęłam. Po chwili dobiegło mnie szumienie wody. Przecież zakręciłam kurek. Nie wiem o co chodzi, ale podniosę się i zobaczę. Moje powieki przeszywa ciepło, a gdy je uniosłam promienie niebiańskiego światła wdarły się na siatkówki. Zaskoczona jasnością przymrużyłam oczy i osłoniłam się dłonią. Nie byłam już w domu, a wszystko dookoła nie przypominało mojego miasta. Porażona widokiem swojej karmelowej w Słońcu skóry obejrzałam się cała od dłoni po nogi. Na sobie miałam tą samą białą suknię, jak wcześniej u Sary. Dotknęłam materiału. Jego struktura wygląda na bardzo kruchą i delikatną, ale gdy nim szarpnęłam nie rozerwał się. Ciekawe. Ruszyłam głową i poczułam coś we włosach. Odruchowo uniosłam dłonie ku górze. Jak tylko się z nimi zetknęły, coś z nich wypadło. Spojrzałam na podłużny przedmiot leżący na ziemi. To jest ptasie złote pióro. A dokładniej lotka. Schylając się po nie, zauważyłam, że trawa kołysze się mimo braku wiatru, a rosa skapuje z liści do góry w niebo. Moje włosy także poruszają się same z siebie. Wzięłam pióro do ręki i usiadłam. Zaraz po tym zmieniło ono kolor na płomienny czerwony.
- O kurcze! - zawołałam zaskoczona, lekko się wzdrygając nagłym zjawiskiem. Szum wody ponownie zwrócił moją uwagę. Obracając się przed oczami mignęły mi różnorodne drzewa. Na szczęście, pomyślałam, przynajmniej wodospad płynie w dół. Lazur jego czystej wody odbijał przebłyski Słońca. Na drugim brzegu ujrzałam swobodnie spacerujące łanie i Dzikie koty. Ptaki poiły się wodą i latały dokoła, radośnie śpiewając. Nie mogę zrozumieć co widzę, czy to...
- Ogród Eden! - moje myśli przedarły się przez moje usta. Sama wystraszyłam się tego co powiedziałam. Krew w moich żyłach zaczęła szybciej płynąć, sprawiając, że oddycham nierównomiernie. Moją uwagę przykuła wielka, rozłożysta wierzba na brzegu potoku, blisko wodospadu. Jej gałęzie wpadały do strumienia, który je ze sobą ciągnął. Nim zdążyłam cokolwiek więcej zrobić, obok mnie pojawił się ów biały kruk, który został ze mną w pokoju. Pokiwał trochę główką i rozwinął skrzydełka, podskakując. Wyglądało to zabawnie, więc się dosyć głośno zaśmiałam.
- Jednak dotarłaś, Janjario. Tak się cieszę, że znów możemy się spotkać... - rozległ się męski dość gruby, ale delikatny głos. Gorąco jakie dobiło do mnie zaraz po tym odezwie, jest znajome mi lecz nie pamiętam dlaczego.
- Kim jesteś? - zapytałam, zaciekawiona odpowiedzią nieznajomego. Siedzi dokładnie pod wierzbą, którą oglądałam. Nie wiedząc czemu, wcześniej go tam nie widziałam.
- Nie przejmuj się, nie zamierzam Ci nic zrobić. Podejdź proszę, dawno Cię tu nie było. - odpowiedział łagodnym, rozbawionym tonem, mężczyzna, którego twarzy nie widzę. Podniosłam się, a kruk poczłapał za mną. Powoli zbliżyłam się do drzewa. Przekraczając jego korzenie, podwinęłam suknię i usiadłam tuż obok znajomego nieznajomego. Pomimo ciekawości nie popatrzyłam na niego. Wiedziałam, że nie mogę, ale nie z czyjejś woli. Ja sama wiedziałam, że mi nie wypada. Patrzyłam więc na płynącą wodę u kamienistego brzegu strumienia. Moje serce jednak nie przestawało mocno bić, jakby czuło jakiś pociąg do tej osoby. Jego oddech był głęboki i udało mi się w nim wyczuć wiele przyjemności z czerpania go. Nagle postać machnęła ręką i zerwał się niewielki wietrzyk. Zwróciło to moją uwagę, ale nie zaskoczyło. Chwilę tak siedzieliśmy wpatrując się to raz w niebo, to raz na rosę i trawę. Było to bardzo przyjemne uczucie, ponieważ od bardzo dawna nie czułam takiego spokoju, jak w tym niezwykłym momencie. Nie potrzebujemy słów. Wiem od początku, że w jakiś sposób jesteśmy podobni, coś nas łączy psychicznie.
- Janjario, powiedz mi, co tam ciekawego u ciebie na Ziemi? - zapytał mężczyzna niespodziewanie, zaskoczyło mnie to, bo jego słowa rozdarły hałas w moim sercu i umyśle.
- Nie wiem, co dokładnie mam odpowiedzieć. - odparłam z zastanowieniem.
- Jak się mają twoi znajomi? Jak tam sprawy sercowe? Co w szkole? Opowiadaj, a nie zgrywasz się. - powiedział, lekko mnie szturchając łokciem w ramię. Zastygłam i nie wiedziałam, od czego zacząć. Myśli kołatały mi w głowie z wielką szybkością. Sama nie nadążałam ich zweryfikować, wiedziałam, że nie mogę powiedzieć czegoś głupiego. Muszę odpowiednio się wypowiedzieć, żeby nie wyjść na głupią. Zamiast tego moja twarz zawrzała i pewnie zrobiła się okropnie czerwona. Jestem taka beznadziejna.
Co mam powiedzieć? Nie mam pojęcia...
- Janjario, tym się nie przejmuj. Ja wszystko wiem. W końcu widzę i czuję bez przerwy. - powiedział, unosząc ramię. Obejmując nim, przyciągnął mnie do siebie. Nie opierałam się, wiem że tej osobie mogę ufać. Nie mam pojęcia dlaczego, ale to wiem. Poddałam się ciepłu, które zaczęło się rozprzestrzeniać po moim ciele, zaczynając od serca. W pewnym momencie linia myśli kompletnie się wyrównała. Bez zastanowienia opadłam na jego klatkę piersiową, kładąc głowę oparłam ją o jego pierś. Jest ciepła w taki sam sposób, ja moja. Jego dłoń przyciągnęła mnie do siebie jeszcze bliżej i osiadła w mojej talii. Nie był to zły gest. Dało się w nim wyczuć wiele rodzicielskiej troski. Uniosłam swoje ręce i położyłam je na ramieniu mężczyzny, splatając palce. Jest on mocnej i silnej budowy, ale nie przekracza norm. Nie trzyma mnie mocno, ale nie pozwoliłby mnie wyrwać z objęcia. Wydawało mi się, że siedzimy tak jakieś dnie, miesiące, lata. Oboje przyglądaliśmy się krukowi, który kąpał się w wodzie. Przyjemnie się na niego patrzy. W tym momencie moje milczenie myśli zostało przerwane wieloma pytaniami.
- Skąd mam pewność, że jesteś kimś komu mogę ufać? - zapytałam.
- Skoro tak czujesz to znaczy, że tak jest. Zostałaś tak stworzona – do przewidywania.
- Skąd się wziął ten ptak? - wskazałam na zwierzę bawiące się na brzegu.
- Został wysłany do ciebie.
- Ale przez kogo? Nie rozumiem po co? - dodałam podirytowana.
- Dowiesz się w swoim czasie aniołku. - wypowiedział z miłością w głosie.
- Co ja właściwie robię na Ziemi? Nie jestem przecież człowiekiem. - powiedziałam, właściwie do siebie.
- Ptaszynko, nie bój się tak, nie jesteś diabełkiem, aniołek z ciebie też żaden, ale masz coś co każde z nich potrzebuje. - dodał, gładząc moją twarz. Dłonią przejechał wzdłuż mojego policzka. Zerknęłam na niego, ale Słońce było tak ustawione, że nic nie zobaczyłam. Raziło mnie. Przetarłam oczy dłonią, bo zostały na nich mroczki. Podczas czego mężczyzna zaczął mówić.
- Musisz być silna. Nie wypinaj się na ludzi, pamiętaj, żeby być cierpliwą. Coś się zaczyna i to nie będzie przyjemne wydarzenie. Na zlot rodzinny to to raczej nie wygląda. Martwię się o małych. Są najsłabsi, a poza tym to wielu już straciłem... Dlatego ty tam jesteś, dlatego Jejazel jest tam. Jesteś dużo starsza niż myślisz, Sikoreczko. - zakończył przykładając policzek do mojego gorącego czoła, poczułam jak się uśmiecha – Zawsze się tak zawstydzałaś. Jest Ci blisko do moich malutkich duszyczek. Ale nie masz daleko do aniołów i demonów. - przerwał wypuszczając powietrze z płuc długo i ociężale. W mojej głowie zastałam pustkę. Już o niczym więcej nie myślałam. Zaczęłam tonąć w uczuciach, których dawno nie odczuwałam. Chciałabym tu zostać, nie mieć więcej do czynienia z zimnem, z brudem, z okrucieństwem, ale tak jak powiedział mężczyzna, nie mogę zostawić Madlen i Joego samych sobie. Sary i jej rodzeństwa też nie mogę zostawić. Mama też tam została sama z tatą...
- Harsy mnie ścigają. Nie wiem co mam zrobić by nikomu się nic nie stało. Przecież już są ofiary... - zawiesiłam głos w bezsilnym westchnięciu. Złapałam się za twarz i zaczęłam kręcić głową. Jak mam dać sobie radę?
- Właśnie dlatego twoi rodzice dali ci Junnari – miecz Michała, sztylet Skryby – Metatrona i pieczęć – krzyż. To wszystko może pomóc tobie i ludziom, ale także może was zgubić w rękach Lewiatana i Behemota. Krzyż musisz nosić, wtedy nikt Cię nie odnajdzie. Obiecuję ci to. -

To ostatnie wystarczyło, żebym nie miała już żadnych obaw. Zamknęłam oczy i wsłuchiwałam się w odgłosy tego miejsca. Nic nie jest w stanie zakłócić tej chwili. Moje serce zachowuje się jakby chciało wyskoczyć z piersi. Bije tak mocno, że nie mogę opanować drżenia jakie wywołuje. Jednak nie przejmuję się tym. Po chwili poczułam jak mężczyzna sięga do moich obojczyków. Delikatnie przejechał palcem w dół i zatrzymał się w połowie mostka. Ucisnął to miejsce, które od razu zakuło. Moje aorty przestały w tym momencie szaleć. Ogarnęło mnie uczucie głębokiego spokoju, a mój dekolt zaczął swędzieć w dziwny, nieopisany sposób. Otworzyłam oczy i ku mojemu zdziwieniu, naskórek tlił się światłem, które przypominało płomień. Zmieniało ono kolor od śnieżnobiałego, przez czerwone palenisko, do morskiego błękitu. Powinnam była się wystraszyć, ale niczego się nie obawiałam póki On siedział obok. Kiedy światło opadło, kształt jaki pozostał na skórze przypominał drzewo z korzeniami. W promieniach Słońca mieniło się. Zaraz po tym wzór stał się czarny, jak tatuaż.

Pozdrawiam Wasza
QK ;P

Komentarze

  1. Co z tym następnym rozdziałem? Już by taka drobna książka z tego była

    Z uwag

    Trochę bez konsekwencji było pisanie o "smakowaniu" ludzi jedynie w wieku 10 i 13 lat przez Jainirę, skoro potem okazuje się, że ma ona z 600 lat, czyli miarą swojej rasy była skończonym smarkaczem.

    Zabawny był ten chińsko-prasłowiańsko-archanielski miecz :D

    A i bodajże pierwszy rozdział: "póki" ;) , "pukać" to można do drzwi.

    Pisz i wrzucaj następne rozdziały, masz talent do tego. Powodzenia!

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Cześć! Dobry Wieczór! (organizacyjnie)

Rozdział 9b

Rozdział 3