Rozdział 10a
Cześć!
Tym razem postarałam się dodać coś wcześnej jakby się ktoś niecierpliwił...
Więc proszę Was bardzo ---> oto i jest ;D
Tym razem postarałam się dodać coś wcześnej jakby się ktoś niecierpliwił...
Więc proszę Was bardzo ---> oto i jest ;D
Rozdział
10a
-
Jennifer. Dziękuję Ci za uratowanie mojego życia. Pewnie bym się
bez twojej pomocy wykrwawiła. Dzięki. - zawołała za mną Sara.
Złapałam
ręką za łuk drzwi wyjściowych i zacisnęłam na nim mocno dłoń.
Usta wykrzywiam w uśmiechu smutku. Podnoszę wzrok, a nad drzwiami
wisi krzyżyk. Przekraczam próg, zamykam za sobą drzwi, a moje oczy
wypełniają łzy, gorące i ogromne jak wody wodospadu. W momencie,
gdy jedna spłynęła po policzku i skapnęła mi pod nogi rozpętała
się ulewa.
-
Boże, gdzie jesteś, gdy dzieją się takie rzeczy niewinnym
ludziom?! - krzyknęłam. Na ulicy słychać było jedynie jak krople
deszczu rozbijają się o jezdnie i chodniki, ale mój krzyk słyszał
kruk. Zatrzepotał skrzydłami.
Chwilę
jeszcze stałam pod domem Andersonów razem z krukiem, który wciąż
tam był, tylko tym razem na dachu. Moknął jak ja. Wgapialiśmy się
w siebie. Ja brudna z czarnej już zaschniętej cieczy, która na
ubraniu wyglądała jak błoto i on, ptak o upierzeniu białym jak
księżycowe promienie pełni.
-
Już nie zobaczę co z Joem... widzisz? Wszystko idzie nie po mojej
myśli. - powiedziałam.
Podczas
mojego powrotu do domu leciał za mną. Co prawda przysiadał co
jakiś czas na gałęzi drzewa, żebym nie zauważyła, że za mną
leci, ale i tak to wiedziałam. Niespecjalnie się spieszyłam.
Miałam gdzieś, że moknę. Już i tak cała byłam przemoczona.
Szłam zamyślona wzdłuż jump street, mając przed oczami swoje
odbicie. Złote oczy... pajęcza suknia... pióra... światło, dużo
światła i ta czystość. Świeże spojrzenie jakie mi towarzyszyło
wtedy. Moment powstrzymania popędu do krwi. Czy ja mam wybierać?
Dlaczego ja mam wybierać? Nie jestem człowiekiem. Nie jestem nawet
demonem, a tym bardziej aniołem.
Więc
czym ja jestem? Jem jak człowiek. Czuję jak demon. Wyglądam jak
anioł.
Czym
ja jestem... czym będę...czym powinnam być?
Moi
rodzice nie są moimi rodzicami, bo demony nie dają życia. Kim są
moi rodzice? W jaki sposób ja jestem, żyję? Jak przyszłam na
świat?
Byłam
coraz bliżej domu. Minęłam już cmentarz i Kościół, a burza
nawet na trochę nie ustawała. Wręcz nabierała na mocy, jakby to
ona była moim roztrzęsieniem. Przez całą drogę nie przestawałam
łkać, a deszczowe krople mieszały się ze łzami na mojej twarzy.
Nie wiedziałam już dlaczego płaczę, został tylko żal. Ludzie
trzymając parasole i zakrywając nimi twarze mijali mnie bez
zainteresowania. Nikt mnie nie słyszał. Nikt nie słyszał jak
płakałam. Pewnie przez parasole, zainteresowanie własnymi sprawami
lub przez brak współczucia. Ludzie są samolubnymi istotami. Jeśli
coś ich nie dotyczy to nawet nie zamierzają zerknąć w stronę
problemu. Jeden chłopiec wybiegł spod parasola mamy i złapał mnie
za rękę. Odruchowo stanęłam i patrzyłam na niego zmartwionym
wzrokiem. Jego dłoń była mięciutka i taka ciepła, a moja zimna
skostniała i twarda. W jego oczach było coś niezwykłego.
Prześwietlił mnie spojrzeniem i już miał się uśmiechnąć, gdy
podeszła kobieta i zgarnęła go na powrót do siebie. Rzuciła mi
wtedy lodowate spojrzenie, które w swoim życiu widziałam ponad
miliard razy. Widział więcej niż inni. Widział rzeczy, których
człowiek nie powinien widywać. Wiem, bo takie stworzenia jak ja
mają wzrok pozwalający widzieć pozazmysłowo. Ten chłopiec będzie
miał niełatwe życie, ale to sprawi, że będzie silny.
-
Nie płacz. Bądź silną. - powiedział jak jeszcze raz się
odwrócił. Zaraz po tym przestałam płakać. On wie o istnieniu
demonów, wie o nas, pewnie wie o mnie. Dziesięcioletni chłopiec
musi żyć życiem dorosłego. To chore.
Czemu
płakałam? Nie wiem...
Będąc
na rogu union i jump street stanęłam przed wystawą sklepową
niewielkiego spożywczego, który widać z okien mojego domu. Pustego
domu. Wgapiałam się w kilka półek z chipsami zastanawiając się,
dlaczego ludzie sami się trują i to świadomie. Po sekundzie biały
ptak zakrakał. Wzdrygnęłam się i wdepnęłam w kałużę
rozchlapując ją po i tak mokrym ubraniu. Jakby tego było mało
samochód, który codziennie popołudniu jedzie do Geenwood wjechał
z impetem w jeszcze większą i rozpryskał wszystko na mnie. Zaraz
za mną, przy skrzyżowaniu na przystanku tramwajowym, na którym
czekam idąc do szkoły, grupka nastolatków zaczęła się ze mnie
śmiać. Ja byłam jednak poważna. Skręcając w prawo ruszyłam w
stronę pasów, a potem usiadłam na schodkach do mojego przybytku.
Cały czas myślę nad tym gdzie się podziali moi rodzice.
Poszukiwania powinny im zająć mniej czasu, a do teraz mogliby
wysłać jakąś wiadomość.
-
Jennifer! Skarbie wejdź do domu, bo się rozchorujesz. - z
przeciwnej strony ulicy woła do mnie Pani Willcins. Szczerze to mogę
się rozchorować i...
-
Mam to gdzieś! - zawołałam bez kontroli.
-
Dziecko, bo twoi rodzice będą mieli urwanie głowy z lekami. W
aptece nie jest tanio... -
-
Dobrze idę do domu. Przepraszam. - przerwałam jej, a ona posyła mi
uśmiech i macha wolną dłonią.
Sięgnięcie
po klucze do spodni to jedna z najczęstszych czynności jakie
wykonuję. Zgrzyt wsuwania ich do zamka zawsze śmiesznie brzmiał.
Naciskam na klamkę i pcham drzwi. Jak zwykle ciężkie i prawdziwie
dębowe. Przejście progu i nabranie wdechu to mój codzienny rytuał.
Ciepłe powietrze oblewa moją twarz. Zatrzaskując za sobą drzwi
przekręciłam w nich kluczyk. Zdejmuję buty i przyłapuję się na
nuceniu pod nosem jakiegoś taniego hitu radiowego. Włosy całkiem
oklapły mi na ramiona. Teraz są jeszcze dłuższe, bo sięgają
bioder, niż gdy są kręcone. Przeczesałam je, więc palcami z
łatwością jakiej brakuje na sucho. Ruszyłam w stronę toalety po
kolei zdejmując z siebie ubrania; bluzka, spodnie, koszulka,
skarpetki. Obok prysznica, przy lewej ścianie pomieszczenia stoi
pralka, do której wkładam mokre i brudne rzeczy. Złapałam czysty
ręcznik ułożony w kostkę z suszarki do prania i pognałam na górę
do wanny. Moja wilgotna skóra ścierpła kiedy pędziłam z
ręcznikiem pod pachą na piętro do łazienki. Otwierając kolejne
drzwi, przed wejściem powstrzymało mnie pukanie w szybę przy
sypialni rodziców. Nie musiałam zerkać, żeby wiedzieć, że to
ten natrętny kruk. Zignorowałam to i rzuciłam ręcznik na regał
obok wanny. Odkręcam wodę i ustawiam jej temperaturę. Zdejmuję
bieliznę łapię za jakąś kostkę do kąpieli i wrzucam pod wodę.
Zaczęło się pienić, więc zanurzyłam się trzymając dłońmi
krawędzie wanny. Sięgnęłam jeszcze tylko po szampon i mydło i
zaczęłam się porządnie szorować. Po chwili czysta woda zmieniła
swój kolor na brunatny. Nie dziwię się, koniec końców byłam
nieźle upaprana we krwi, i czerwonej, i czarnej. Na głowę nalałam
odrobinę szamponu i mocno ją myłam. Potem cała się namydliłam i
spłukałam dokładnie. Wstałam nie tracąc czasu na niepotrzebne
czynności, machnęłam się po ręcznik i wyszłam powoli się
wycierając. Włosy zawinęłam w turban i odcisnęłam. Odrzuciłam
materiał na bok na umywalkę i odwróciłam się w stronę półek.
Zdjęłam z jednej luźną koszulę, w której zawsze śpię i
chwyciłam czarne, bawełniane majtki. Gdy się kompletnie ubrałam
rozwiesiłam ręcznik na grzejniku przy umywalce. Zerknęłam na
wiszący zegarek nad nią i wpadłam w zdumienie. Do domu wróciłam
strasznie późno, bo o osiemnastej i kąpiel zabrała mi kolejnych
kilka godzin. Teraz jest wpół do dwunastej. Za chwilę wybije
północ.
Zanotować.
Nowa moc aktywowana: slowmove... No to suuuuper! Stracić tyle czasu.
Kiedy odrobię lekcje?
Stoję
jeszcze w łazience, gdy nagle na dole słyszę jak ktoś majstruje
przy tylnych drzwiach. Nogi lekko się pode mną ugięły, a w głowie
włączył mi się mój nieludzki instynkt. Nadnaturalną szybkością
pobiegłam do pokoju i z szybu wentylacyjnego w szafie z ubraniami w
moim pokoju wyjęłam katanę, którą dali mi rodzice. Była w
sakwie z paskiem więc zarzuciłam ją na ramię i zbiegłam
bezszelestnie na parter. W tym momencie ktoś otworzył drzwi i
wszedł do domu. Wyczułam od razu, że to hars Bee, więc zaszłam
go od tyłu. Z prędkością światła wyciągnęłam katanę z
futerału, a następnie z pochwy. Unieruchamiając przybysza
przyłożyłam mu ostrze do gardła. Wszystko było takie szybkie, że
słyszałam jedynie jak świszczą moje jeszcze mokre włosy. Oczy
mnie zaswędziały i wystarczyło jedno spojrzenie do toalety, na
lustro naprzeciwko mnie bym wiedziała, że włączyłam w sobie
drapieżcę. Tęczówki zmieniły kolor na czerwony, a źrenice stały
się pionowe w reakcji na niebezpieczeństwo. Obcy próbuje się
wyszarpać, ale to na nic.
-
Lepiej się nie ruszaj. Miecz jest zatruty i żadne stworzenie nie
przeżywa choćby draśnięcia. - szepnęłam mu do ucha. Ledwo
skończyłam i już czułam jak przeciwnik nieruchomieje. Nawet
wstrzymał oddech.
-
Uspokój się. Mam wiadomość od twoich rodziców. - odpowiedział.
W pośpiechu nie zauważyłam, że jest to mężczyzna. Jego szerokie
ramiona sprawiały mi lekką trudność w przemieszczaniu się i
utrzymaniu pozycji. Całe jego ciało jest mocno umięśnione. Jest
też mokry przez ulewę i przez to moja koszulka na piersiach zaczyna
też zamakać. Jego długie włosy sięgają do połowy jego pleców.
Silne ręce opadają wzdłuż jego tułowia, a ramiona kończy
zgrabna szyja. Z prawej strony ma na niej wytatuowany kompas oblewany
przez fale. Wkurzyłam się. Nogą zamknęłam drzwi do ogrodu,
kopiąc je.
-
Jesteś harsem! Co tutaj robisz? Nie wiesz, że z hybrydami się nie
zaczyna? - zapytałam. Nie mogąc wytrzymać wilgotnego ubrania
odkleiłam się od demona delikatnie. Ten natychmiast wyrwał mi
katanę z ręki odwrócił się w moją stronę, jedną ręką objął
mnie w talii, a drugą przyłożył ostrze do ramienia wzdłuż
pleców. Moje ramiona opadły bezwiednie.
-
Jestem Lasota. Tak jestem harsem. Mam dla ciebie wiadomość i nie,
nie wiem, że z Aniołami się nie zaczyna. - odpowiedział na każde
zadane przeze mnie pytanie. Przerwał mu jednak brzęk upadającej
pochwy od miecza na ziemię, a po niej sakwa.
Dlaczego
nazwał mnie Aniołem?
Moja
pozycja zmieniła się diametralnie. Teraz to ja jestem ofiarą.
Świetnie, a jakby tego było mało to jakiś nieznany mi facet
obejmuje mnie w talii, grozi mieczem, ma dla mnie wiadomość i
jeszcze...
-
Coś mi się wbija w biodro... - zaczęłam.
-
Bardzo przepraszam, ale lubię tego typu sytuacje. - posłał mi
głupawy uśmiech.
-
Że co proszę?! - zapytałam wystraszona. Suuuper, moi rodzice
przysłali do mnie gwałciciela lub gorsza wersja. Nie moi rodzice
przysłali do mnie napalonego gwałciciela, świeżo z piekła. Co
jeszcze? To i wiele innych rzeczy. - Skoro już wiem kim jesteś może
mnie puścisz? -
-
Nie wiem czy mogę ci zaufać. - wyszczerzył się jeszcze bardziej.
-
To ja nie wiem, czy mogę ci zaufać! Podaj hasło... - rzuciłam.
-
Hasło... jakie hasło? - zapytał.
-
Bez hasła się nigdzie nie ruszę. - powiedziałam.
-
Dobra, mnie to nie przeszkadza. - Lasota na powrót uśmiechnął się
głupkowato. Jednak jego ręka zaczęła się przemieszczać w dół,
w niewygodne dla mnie miejsce. Stuknięcie w szybę zdekoncentrowało
jego uwagę. Ten cholerny kruk cały czas tu jest. Wykorzystałam to
przeciw harsowi i oswobodziłam się z jego uścisku. Odbierając
katanę z powrotem złapałam go za włosy i pociągnęłam w dół
tak, żeby klęknął. Gdy stałam już za nim czubkiem miecza
dotknęłam jego prawego boku. Nachylając się do jego prawego ucha,
zauważyłam kopertę w jego lewej dłoni.
-
Ponowię pytanie. Podaj hasło, bo stracisz nerkę. -
-
Nie ma hasła, a gdyby było to było by to „Vincent” -
odpowiedział spokojnym głosem.
-
Cholera, moi starsi wiedzą o mnie wszystko... - puściłam Lasotę i
zaczęłam chować ostrze. Szybko odłożyłam je opierając o
schody. Bee się podniósł i otrzepał.
-
Swoją drogą to ostra z ciebie panna. - zaczął poprawiając włosy
– Ten Vincent to jakaś pierwsza miłość? -Zignorowałam to
pytanie i mruknęłam.
-
Nie, nie wypytuj o to, bo połamię ci rękę, którą mnie
obmacywałeś. - warknęłam.
-
Nie chciałem cię obmacywać, tylko pokazać ci ten list. - uniósł
kartkę wyżej do góry, a ten głupawy uśmiech zniknął z jego
twarzy. Podrzucił ją w powietrze i zaczął zdejmować z siebie
mokry T-shirt, a jego błękitne oczy powędrowały do mnie. Robi to
specjalnie.
-
Nie będzie ci przeszkadzać jak sobie co nieco wysuszę? Nie lubię
być mokry. - powiedział.
-
Niech będzie, ale nie będziesz paradował nagi po moim domu. Dość
się w swoim istnieniu nacierpiał. Przyniosę ci ubrania Leonarda. -
ledwo skończyłam mówić pobiegłam nadludzkim tempem do sypialni
rodziców i wyciągnęłam z komody to co było potrzebne. Jakąś
koszulę, spodnie, nowo kupioną bieliznę. Schodząc na dół
myślałam co się dzieje z rodzicami. W sekundę byłam na dole.
-
Lasota, wzięłam ci... - zerknęłam na niego, a on stał do mnie
tyłem całkiem nagi. Jak święty turecki. Jego nagie pośladki są
takie jak je sobie wyobraziłam, ale...
Na
miłość Boską! O czym ja myślę!!!
-
Tak, słucham? - powiedział odwracając się w moją stronę. Nie
chciałam patrzeć na jego „naturę”, więc przemieściłam wzrok
na dębowe drzwi wejściowe.
-
Masz, nówki nieśmigane, więc jakbyś mógł się ubrać. Teraz. -
wypowiedziałam z drżącym głosem. Rzuciłam w niego zniesionymi
rzeczami i złożyłam ręce razem na piersi. Zaczęłam płonąć ze
wstydu od środka i nagle poczułam na mojej twarzy przypływ gorąca.
Pewnie
jestem czerwona jak burak! Boże do czego to doszło?
-
Nie podoba ci się coś? - zapytał ironicznie – Brzydki to ja nie
jestem... -
-
Wiem, widzę... ehhh... tylko się ubierz, proszę. - moje oczy znowu
zaswędziały. Przetarłam je i usłyszałam odgłos upadających
ubrań. Po chwili Lasota stał przy mnie na schodach tak jak go „Bóg
stworzył” i trzymał moją twarz w dłoniach. Wgapia się
intensywnie w moje oczy, potem w wargi i policzki.
-
Janjario, masz złote tęczówki. Czy wszystko z tobą w porządku? -
jego wzrok się wytężył przy tym pytaniu, a jego umięśniona
klatka piersiowa napięła zwracając moją uwagę.
-
Taaaak... - mruknęłam – to znaczy nie... ehhh... Tak wszystko
jest Okej. - zakończyłam z ciężkim oddechem.
Janjaria!
Zawiodłam się na tobie... To tylko facet. Demon! Opanuj się,
przecież są lepsi... Albo wiesz co? Rób co chcesz, ale pamiętaj,
że to masz tylko raz...
-
Może rzeczywiście coś ci jest? Z tobą nigdy nie wiadomo skoro
jesteś inna... - powiedział nie podkreślając tego „inna”.
Jakby to mówił zwykłej lasce. Powoli też zaczął przybliżać
swoją twarz do mojej, a moje włosy na głowie stanęły dęba.
Musiał to usłyszeć. Jego oczy nabrały głębokiej barwy. Widzę
to mimo zgaszonego światła i nocy. Stoję jak słup soli, bo nigdy
nie byłam uczestniczką takiej sytuacji. Jego dłonie przeniosły
się na barki lecz jedną zjechał w dół do mojej lewej ręki.
Nosem jedzie po mojej szyi tak, że czuję jego ciepły i wilgotny
oddech. Powoli rozpływałam się od środka. Tak jest to przyjemne.
Nawet zamknęłam już oczy.
-
Na pewno nie jesteś demonem, pachniesz jak dojrzała brzoskwinka.
Janjario... - wycedził mamrocząc. Już miał złożyć całusa w
tym miejscu na szyi, ale wyrwałam się i podeszłam po rzeczy leżące
na podłodze. Pozbierałam je i podałam.
-
Masz. - powiedziałam wręczając mu ubrania – Ubierz się w końcu.
- patrząc na jego twarz, zauważyłam wracające do normy krwawe
ślepia. Doszło do mnie, że chyba próbował mnie ugryźć, ale
tylko lekko, bo nie szykował się do wtłoczenia we mnie toksyn we
właściwy sposób.
-
Chyba nie chciałeś mnie spróbować? - rzucił mi pytające
spojrzenie, więc ciągnęłam dalej – Jeśli spróbujesz to oddam,
tylko mocniej.
Brzoskwinie...
Sara tak smakowała. Rozpruwacz się tak do mnie zwrócił... On na
pewno jest od rodziców?
-
Dobrze zrozumiałem, ale nie zamierzałem cię ugryźć. Co prawda,
pachniesz interesująco, ale dzieje się tak ze mną, gdy coś mi się
naprawdę spodoba... - mówiąc to już ubrany, przejechał po mnie
swoim lepkim spojrzeniem. Oblizał się i przygryzł wargę. Teraz ja
wlepiłam pytające spojrzenie w niego. Nie chciałam odpowiedzi.
-
Może się czegoś... Może chcesz coś zjeść? - zapytałam.
-
A proszę ja ciebie, jeśli posiadasz coś co mogę skonsumować to
jak najbardziej... - uśmiechnął się podchodząc do mnie. Weszłam
do kuchni przodem i czuję jak dalej penetruje mnie wzrokiem. Z
wiszącej szafki wyciągam zafoliowane mięso i kładę je na blacie.
Do kredensu sięgam po talerz, a do szuflady po sztućce. Folię
rozcinam i zawartość wykładam na talerz.
-
Proszę, weź to jak chcesz. Tylko uważaj, bo ma kość. - syknęłam.
-
Dzięki, trochę narobiłaś mi sobą... yyy... smaku. Narobiłaś mi
smaku. - wybrnął z sytuacji. Z suszarki na naczynia ściągnęłam
moją ulubioną szklankę. Podeszłam do lodówki po krew. Otwieram i
wyjmuję karton. Lasota już siedzi przy stole i je. O dziwo nożem i
widelcem, czego się nie spodziewałam. Nalałam do naczynia
szkarłatnej cieczy, a karton odstawiłam na bok. Wzięłam szklankę
do ręki i usiadłam na blacie zwrócona w stronę mężczyzny. Już
skończył. Nawet po sobie umył, tylko wszystko w takim tempie, że
nie zdążyłam uchwycić tego wzrokiem. Natomiast słyszałam.
Szczerze pozdrawiam Wszystkich czytelników i czytelniczki ;*
Wasza
QK
Polecam i pozdrawiam.
OdpowiedzUsuńŚwietny rozdział... Czekam na następny ;)
OdpowiedzUsuńZacne i Zacne :****
OdpowiedzUsuń