Rozdział 9a

Witam, witam, witam...
Tak, wiem koleiną notkę obiecałam wcześniej, ale nie miałam jak.
Liceum zobowiązuje... ;( (Queen, nie sraj ogniem...)
                                         ale już napisałam i wstawiam ;D
Miłego czytania



Rozdział 9a
Madlen wyszła około godziny dwunastej do domu. Jak doszła to do mnie zadzwoniła i powiedziała, że jej ojciec nawet się na nią nie złościł. Domyśliłam się, że mój tato majstrował coś przy wspomnieniach Pana Rownella. W każdym razie postanowiłam pójść zobaczyć co jest z Joe. Jak się czuje? Czy aby na pewno niczego nie pamięta. Tak, więc zrobiłam. Wyszłam z domu zamknęłam porządnie drzwi i ruszyłam przed siebie. Tak trafiamy do miejsca, w którym się teraz znajduję, w nie za ciekawym położeniu i sytuacji. A dokładnie? Jestem w mieszkaniu Sary Anderson. To moja rówieśniczka z równoległej klasy IF. Siedzimy na dwóch krzesłach plecami do siebie, ręce, nogi i talie mamy związane razem sznurem. Trzej kolesie stoją przy nas i pilnują, abyśmy niczego nie próbowały podczas gdy dwaj inni przeszukują mieszkanie dziewczyny. Co tam przeszukują, po prostu je demolują! Jeden, wyższy o ciemnej cerze, z tego co widzę w lustrze naprzeciw mnie, nad półką, stoi w progu pokoju. Rozgląda się za czymś szczególnym, jakby ktoś na niego czyhał. Wygląda na wystraszonego i nierozumiejącego zaistniałej sytuacji. To pewnie jego pierwszy napad. Co kilka minut przeczesuje palcami włosy, które ma nienagannie ułożone. Mój niezwykły wzrok zauważył też, że pojedyncze kropelki potu spływają po jego czole i policzkach. Kiedy odwrócił głowę jego wzrok napotkał mój. Między jego brwiami zrobiła się pionowa zmarszczka i słyszę słowa, które kieruje do mnie.
- Na co się gapisz, suczko? - wykrztusił drżącym głosem. Nie przejęłam się tym specjalnie i nie zamierzam przestać się w niego wgapiać.
- Co to ma być!? Nie słyszałaś co powiedział, gówniaro? - zwrócił się do mnie drugi z nich. Czarnoskóry mężczyzna pochylił się nade mną tak bardzo, że poczułam swoim wyostrzonym węchem co jadł na śniadanie. Jemu też spojrzałam głęboko w oczy. Moja kamienna twarz nawet nie drgnęła. Natomiast usta bandziora zaczęły wykrzywiać się w pokraczny uśmieszek.
- Słyszałam, ale on też mi wygląda na gówniarza, Nyggas. - odpowiedziałam mu tym co uznałam za stosowne. Jak dla mnie jest to zwykła riposta. W jednym momencie jego ręka zaczęła się unosić coraz wyżej by w końcu zadać mi cios w twarz. Ale potraktował mnie ulgowo, ponieważ dostałam z otwartej ręki. Jednak mimo to, iż jestem istotą wyższego rzędu poczułam jak moja twarz zaczyna mrowić i przemienia się to w ciepłe pulsowanie. W lustrze widzę, że jestem czerwona w tym miejscu. Kiedy tylko uderzenie wydało plaskający odgłos wszyscy się na mnie popatrzyli. Nawet Sara się odwróciła.
- Lepiej ich nie drażnij... Jennifer... - zaczęła.
- A tobie kto pozwolił się ruszać! – przerwał jej trzeci, który stał przy niej. Wymierzył do niej z pistoletu. Po odgłosie jaki wydała podczas odbezpieczania sądzę, że to Beretta. W porządku będę miała kilka sekund więcej na reakcję w razie strzałów - A teraz powiedz nam, gdzie twój stary schował crack, kasę i coś co należy do nas? Co? Kolejne pytania jakie zadam nie będą tak uprzejme jak to, więc mów lepiej gdzie to jest?!
- Skąd mam wiedzieć? Jeśli coś tu było to już tego nie ma. Pewnie ojciec wszystko zabrał. -
- Nie pierdol, tylko gadaj gdzie ten jebany pergamin! Jesteście nam winni sporo szmalu, więc będzie lepiej dla ciebie i twojej koleżaneczki... -
- Nie jesteśmy koleżankami! - powiedziałyśmy jednocześnie.
- Czyli nie będzie ci przeszkadzać, mała – przyłożył jej lufę do szyi i podniósł podbródek – jak się trochę z nią pobawimy? Z Jennifer, tak? - zapytał ją wymachując bronią w moją stronę.
Nie ma mowy, żebym używała mocy. Za dużo świadków i jeszcze jej młodsze rodzeństwo. Jest ich troje i lepiej, żeby potrafili się chować po domu. O jaki pergamin może chodzić? Na pewno są to jakieś stare zapiski... ale o czym?
- Wiesz, bardzo chętnie będę sobie używał... - brzęk zabezpieczania broni, szelest materiału i metaliczne syknięcie. Pukawkę schował, ale wyjął nóż – dawno się nim nie posługiwałem, więc trochę go naostrzymy... może na skórze tej twojej nieznajomej? Ja jestem za. - zmierza w moją stronę kierując ostrze ku mnie. Czarny zrobił krok do tyłu, przysiadł na szafce i przewrócił oczami. Wbił wzrok w żaluzje okien i nie zamierza patrzeć nigdzie indziej. W tym momencie czuję jak oddech białego mężczyzny drażni moje ucho, a po chwili jego oślizgły szept ociera się o małżowinę by dotrzeć do psychiki.
- Podziwiam cię moja droga... taka sytuacja, a ty nadal masz to swoją pokerową twarz. - złapał mnie wolną dłonią za szczękę i ścisnął. Patrzy mi w oczy. Chłód jego niezwykle błękitnych tęczówek przeszył mnie na wskroś. Po moich plecach bezwładnie biegał teraz dreszcz. Jakby opadały tam kropelki zimnego deszczu. Moją twarz puścił lecz jak tylko nabrałam oddech przeponę przeszedł ogromny ból. Zabrakło mi oddechu w płucach. Staram się nie ruszać, ale uczucie przybiera na sile.
- Aaaa!!! Ty skurwielu! Zabiję cię! - wrzasnęłam w jednej chwili, głosem tak demonicznie mocnym, że Sara się wzdrygnęła, a tamci goście rzucili na mnie swoje spojrzenia.
- Zamknij się słonko, bo cię wypatroszę. Znalazła się odważna, kurwa noo... - pokiwał głową, sącząc ten jadowity ton i wrócił do cięcia.
Patrzę na oprawcę, a ten gładko jak po maśle jeździ narzędziem po moim brzuchu. To raz wbijając je głębiej, raz płycej. Nóż jest tak ostry, że przeciął koszulkę, która teraz wisi na mnie jak szmata. Szkoda ta z Behemotem była moją ulubioną. Nie mogę przestać krzyczeć i zaciskać dłoni. Sara nie mówi nic, ale jej się nie dziwię. Nie chce oberwać, bo ma na wychowaniu młodsze rodzeństwo. Czuję jak krew rozlewa się po powierzchni mojego ciała, ale nie widać tego na moim ubraniu, bo jest ono czarne.
- A teraz kochanie pobawię się twoimi ramionkami... - facet wykonał jeden gest i bluza, którą miałam na sobie leży na naszych dłoniach, moich i Sary. Mężczyzna zbliżył usta do szyi z lewej strony i przejechał wargami w stronę barku, wwąhując się w mój zapach.
- Pachniesz jak dorodny owoc brzoskwini, jaka gładka... żadnego zadrapania, czy blizny. Może jednak cię zabiję, wypcham i zrobię z ciebie trofeum? - na te słowa wszyscy spojrzeli, wlepiając przerażone wyrazy twarzy w brutalnego sadystę. Dziewczyna się tylko przykurczyła ze strachu.
- Jesteś zboczony! Tak. To jest do cholery chore, nienormalne!!
- Ciii, kruszynko, przecież widzę w twoich oczach, że nie ma tam, żadnego życia... w ten sposób tylko ci pomogę. - Nagle czuję jak coś kuje mnie w dłoń. Lina, którą nas związali rusza się... nie zaraz. Dlatego się przykurczyła. To Sara próbuje ją przeciąć. Po co? Przecież nie zrobi nic co mogło by im zaszkodzić lub ich powstrzymać.
Może ona jest harsem... nie. Nie śmierdzi jak hars, tylko jak człowiek. A może wie o istnieniu demonów, istot pochodzącymi z piekła?
Lina powoli się obluzowuje muszę grać na czas. Muszę wymyślić coś, żeby nie dowiedzieli się o Nas...
- Jeeezuuu!!! Może jeszcze zerkniesz na nogi co sflaczały fiucie?!!!! - wrzasnęłam. W tym momencie zaprzestał ranić ramię. Przygląda mi się bacznie i pionowo wbija nóż w nogę. Ból, który mi towarzyszy jest niewyobrażalnie wielki. Moje oczy zachodzą mgłą, ale mężczyzna prawą ręką podaje mi dawkę budzących ciosów w twarz. Trzeźwiejąc widzę na jego nadgarstku wytatuowaną rybę otoczoną liśćmi. Moje oczy zapłonęły szczerym ogniem nienawiści. Spojrzałam na harsa z obrzydzeniem.
To tłumaczy to pieprzone zboczenie... czy on uważa, że jestem człowiekiem?!
- Ojej... moja przykrywka poszła na marne... Jennifer odkryłaś moją tajemnicę. Niestety będziesz musiała ją zabrać do płonącej czeluści jaką jest piekło. - odrzekł z mdłą słodyczą w swoim głosie. Właśnie bierze zamach by poderżnąć mi gardło. Zamykam oczy szykując się na kolejną porażającą dawkę bólu. Zaciskam dłonie i nagle z góry zaczynają dochodzić nas odgłosy szamotaniny, tupnięć i dziecięcych krzyków. Kroki zbliżają się do pomieszczenia, w którym jesteśmy, coraz bardziej. Słyszę już płacz dziewczynki.
- Ooo... znaleźliście dzieci. Świetnie, będzie więcej trofeł! - powiedział uradowany z krzywym uśmiechem na twarzy i melodyjnym głosem. Powoli, powolutku pociągnął ostrze, którym zamierzał poderżnąć mi przed chwilą gardło, przez bark. Mało przy tym nie straciłam przytomności. Podnosi się i idzie w kierunku maluchów. Czarny nawet nie ruszył się z miejsca. Co chwilę tylko patrzył czy nikt tutaj nie idzie, wyglądając przez żaluzje. Latynos odsunął się na bok wyraźnie przerażony bliskością harsa. Sara zamarła. Nie cięła już nawet liny, która była strasznie gruba. W lustrze zauważyłam jak inny podchodzi do drzwi wejściowych by ich pilnować, więc z dziećmi został jeden.
- Aaa... ty smarkaczu! Ugryzł mnie... - odezwał się czwarty. Po czym uderzył chłopca pięścią w twarz. Mały runął na ziemię z odgłosem z jakim padł kiedyś Vincent.
~~
- Vincent!!!
~~
- Thomas!!! Niee! Tylko nie to! Błagam... - wyrwała się Sara, a hars Lee potraktował ją pięścią. Słyszę jak łzy zaczynają napływać jej do oczu i spływają po jej wychudzonych policzkach.
- Skurwiel. - skomentowałam jego reakcję.
- Tobą zaraz się zajmę. Nie mów, że już za mną tęsknisz człowieczku. - rzucił do mnie.
Krew we mnie zaczęła wzbierać jak górski potok. Poczułam jak tracę kontrolę nad sobą, jak nie moc, która panowała nade mną w dniu śmierci mojego jedynego kuzyna opuszcza moje ciało, by ustąpić miejsca furii i dzikości. Zacisnęłam pięści najmocniej jak potrafię i napięłam mięśnie na moich przedramionach tak, że po chwili obie z Sarą miałyśmy wolne ręce, a lina wisiała na nadgarstkach luźno. Nie potrafię się powstrzymać, więc w ułamku sekundy wstałam podeszłam do murzyna, wcisnęłam zakrwawiony palec w jego szyję, a on normalnym tempem zaczął osuwać się nieprzytomny na ziemię. Dalej pobiegłam do kolesia przy wejściu i zrobiłam to samo jemu, potem Latynosowi i mężczyźnie, który uderzył Thomasa. W tym momencie wszyscy leżeli na ziemi nieprzytomni, sztywni. Sara spadła z krzesła na podłogę i zakryła twarz rękami. Słyszę jak błaga, by nic nie stało się jej rodzeństwu. Jak się modli... ona się modli.
- Panie, proszę ocal nas. Ocal Dorothy, Rachel i Thomasa, bo bez nich nie mogę żyć – powtarza tylko i wyłącznie to, nie patrząc co dzieje się dookoła
- Nie spodziewałem się, że Cię tu spotkam bogini... wydawałaś się być człowiekiem.
- No to masz szansę by się wyspowiadać czarci pomiocie!
- Zastanawiałem się dlaczego pachniałaś inaczej niż zwykli ludzie... szczerze to najpierw chciałem cię zjeść – przyłożył nóż do warg i oblizał zakrwawione ostrze w taki sposób, że zrobiło mi się niedobrze, a oczy mu wyszły na wierzch – tak jak myślałem jesteś wykwintnym kąskiem. Wszyscy się ciebie brzydzą i ignorują tą jakże apetyczną woń twojego ciała, ale mięso hybrydy może zaspokoić mój wieczny głód. Tak. To ty będziesz moją pierwszą od tysiąca i pięciuset lat ofiarą. Nie. Zaszczycę cię możliwością bycia moim posiłkiem.
- Nie dzięki, ale nie skorzystam...
- To nie była prośba! Nawet nie zamierzałem znać twojego zdania! Tylko niestety przeszkadza nam jeszcze to mięso. - przyczaił się by za chwilę zabić dzieci i Sarę, ale nie chcę, żeby skończyli jak mój Vincent.
- Zostaw ich w spokoju ty popierdoleńcu!! - wrzasnęła Sara. Odwrócił w jej stronę głowę i skoczył by ją rozpłatać, ale stanęłam przed nim zasłaniając dziewczynę własnym ciałem. Ten atak przeszył mnie całą. Hars wyjął narzędzie ze mnie i zaczął oblizywać rękę, która była w mojej krwi po sam nadgarstek.
- Zdecydowanie zjem cię sam, Janjario! Teraz!! - chcąc ponowić swój atak, ruszył na mnie. Nadnaturalnym tempem polizałam dłoń i zaczęłam ocierać swoje rozległe rany na ciele. W jednej sekundzie wszystkie się wyleczyły. Zdziwiło mnie to, ale teraz nie ma czasu na rozmyślania. Walka między nami się rozpoczęła. Atakował przemyślanie, ale niestety nie wystarczyło to by mnie zranić poważnie. Tylko trochę mnie porysował tym scyzorykiem. Udaje mi się zręcznie unikać ciosów. Nagle w amoku pewności siebie nabił mnie na swoje przedramię jak oliwkę na wykałaczkę. Zakaszlałam krwią, która spłynęła mi po brodzie i szyi obryzgując marynarkę harsa.
- Od początku wiedziałem, że żyję by znaleźć taki rarytas. Będziesz pieściła me podniebienie puki nie znajdę czegoś lepszego... Haha... - odparł stłumionym śmiechem.
Stracił czujność, na to czekałam! Teraz musisz go rozerwać na strzępy Janjario!
- Dałeś się zwabić w pułapkę... - szepnęłam prosto do jego małego ucha. Wlepił we mnie swój chłodny wzrok, który zmienił barwę na czarną, ostatni raz dzisiaj. Wśliznęłam się na jego ramię głębiej. Mimo, iż bolało obrzydliwie, dałam radę i w mgnieniu oka wgryzłam mu się w szyję, wyszarpując kawał jego ciała.
- Aaa... - wydarł mi się do ucha – To jest genialne! Pożrę cię, podczas gdy ty będziesz pożywiała się mną!
- Jak na harsa Lee jesteś przebrzydle Zboczony!! - odpowiedziałam. Uniosłam go w górę i rzuciłam nim o ziemię. Szybko objęłam brzuch oblizanymi palcami. Zaczynam się w miarę szybko zrastać. Moje mięśnie powoli słabną. Złapałam stworzenie za łeb i przekładam jego głowę pomiędzy moje udo, a łydkę tak by znalazła się tam szyja. Zaciskam mięśnie coraz mocniej.
- Jakieś ostatnie słowa?
- Nie jesteś potworem, ty tylko wyszłaś piękniejsza Bogu od reszty...
- Co... ta ma znaczyć?

~~
- Nie jesteś potworem, ty tylko wyszłaś piękniejsza Bogu od reszty. Jan obiecaj mi, że postarasz się bronić ludzi...
- Ale Vincent, to ludzie krzywdzą mnie!
- Wiem, ale obiecaj mi, że się postarasz.
- Przysięgam, że postaram się pomagać ludziom, pasuje?
- Tak! Jesteś najlepsza kuzynko!! Kocham Cie!
- Vincent, bo moi rodzice usłyszą. Nie mów mi takich, rzeczy...
- Hahaha... dobrze.
~~
- Skąd znasz te słowa?! Odpowiadaj! - wrzasnęłam.
- Jestem Nero i posiadam takie wiadomości od szefa. - zakończył. Ścisnęłam nogi, a w karku harsa strzeliły pękające kręgi. Puki co jest unieruchomiony, więc mam czas na posprzątanie tego bałaganu. Osobnik padł na ziemię z głuchym odgłosem. Podnoszę się i łapię Sarę za barki.
- Wszystko w porządku? - wzdrygnęła się, bo minęło zaledwie kilka minut ludzkiego czasu, ale jej wielokolorowe oczy patrzyły na mnie ze spokojem. Czuje się w tym momencie bezpieczna, a jej rzęsy zatrzepotały parę razy zanim spojrzały na dzieci. Cały czas zasłaniały oczy własnymi dłońmi i wyglądają na mocno wystraszone. Pomagam wstać znajomej podtrzymując ją za ramiona, a ona podpiera się na mnie. Jeszcze raz spojrzała na moją umorusaną czarną krwią harsa twarz. Przygląda mi się badawczym wzrokiem, marszczy brwi.
- Jennifer, ty nie jesteś demonem... jesteś stworzona do innych celów.
- Na prawdę... zabijanie to nie jest moja broszka? - zapytałam sarkastycznie.

- Jedz co chcesz, a jeśli inni tego nie zaakceptują to ich też zjedz... jesteś niezwykłym stworzeniem. Pamiętaj o tym. - skończyła posyłając mi gorzki uśmiech, bo tylko na taki było ją w tej chwili stać.



PS. Pamiętajcie, aby zdobywać nowych znajomych ;) nowe przyjaźnie są wręcz wskazane ;*
Wasza; QK

Komentarze

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Cześć! Dobry Wieczór! (organizacyjnie)

Rozdział 9b

Rozdział 3