Rozdział 8

Witam serdecznie po jakże długim braku jakichkolwiek możliwości i czasu... 

Nareszcie! W końcu udało mi się odnaleźć wenę (została porwana) i wycisnęłam z niej kolejny piękny rozdzialik. :)

Miłego czytania




Rozdział 8
            Rodzice wyruszyli szukać uciekiniera ze wczoraj około godziny ósmej dwadzieścia. Od tamtej pory myślę czy kogoś już znaleźli, czy może ktoś znalazł ich. Mam nadzieję, że wszystko pójdzie po dobrej myśli. Właśnie drukuję ostatnie strony wypracowania na biologię. Notatki podzieliłam na trzy części. Jedna dla mnie, druga dla Madlen, a trzecia dla Joe'go. Papier wzięłam do ręki, zaniosłam go do kuchni i odłożyłam na stół. Wczoraj nie bardzo wiedzieliśmy co zrobić z tą nieprzytomną dwójką. Ale ułożyliśmy plan. Moi rodzice zanieśli Joe'go do domu zaraz po incydencie na ulicy, wcześniej nalewając mu jakiegoś czerwonego płynu do ust.
        Przeszłam do lodówki by wyjąć dwa jajka i warzywa.
Otworzyła im babcia chłopca-Jewgienija, tak im się przedstawiła.
        Spod blatu wyjęłam patelnię i rondelek, a z powieszonej nad głową półki wyjęłam sól czosnkową, pieprz kolorowy, oregano i szafran.
Uwierzyła, że stracił przytomność. On nie za bardzo dba o swoje zdrowie, a do tego bierze tabletki na wadę serca. Rodzice powiedzieli, że wygląda na porządną i przesądną kobietę.
         Posiekałam warzywa w plasterki i wróciłam do lodówki jeszcze po awokado, śmietankę i trochę żółtego sera.
Kiedy im otworzyła nie za bardzo chciała z nimi rozmawiać, a do domu wpuściła tylko mojego ojca, żeby położył Joe'go w jego łóżku. Mój ojciec, żegnając się podziękował za cierpliwość. Ta kobieta pewnie ich pożegnała z przymusu albo w ogóle nie odpowiedziała i od razu zamknęła drzwi przekręcając w nich kluczyk.
         Ubijając jajka w rondelku dodałam przypraw, odrobinę śmietanki i porwane dwa plasterki sera. Patelnię postawiłam na ogniu i sięgnęłam jeszcze tylko po masło na półkę.
Chyba słyszeli jak nazwała ich strzygami, ale mogli źle zrozumieć przez jej rosyjski akcent.
         Przyprawione jajka rozlałam na gorącą patelnie i nasypałam warzyw. Po chwili przełożyłam omlet na pół i zostawiając go na ogniu poszłam umyć rondel. Rodzice powiedzieli mi, że ustawili wspomnienia w głowie Joe'go tak, iż pamięta on jak był w moim domu i robił z nami pracę domową, potem jak robi mu się słabo i prosi mnie o szklankę wody. Ja schodzę na dół, a on idzie do toalety przemyć twarz i wracając po tabletki mdleje przy schodach. Nawet nieźle to wymyślili.
         Co ważniejsze zostawili tu Madlen ze mną. Śpi w moim pokoju, a ja mam się nią zająć. Muszę jej opowiedzieć co się wczoraj „działo”, bo rodzice wyczyścili to co widziała. Pierwsze o czym pomyślałam tego ranka, to że muszę zrobić śniadanie dla gościa.
   Czym mama nafaszerowała wtedy Joe'go? Jego rany natychmiast się zasklepiły. Dziewczynie też to podała. Dziś wygląda jakby wczoraj nic nie zaszło.
        Obróciłam omlet na drugą stronę, bo za bardzo się przypiekł. Zapach jedzenia rozszedł się po całym mieszkaniu i chyba obudził Madlen. Słyszę jak jej puls przyspiesza, a ona wwąchuje się w parujący aromat jajek i warzyw. Rozgląda się po pokoju. Wstaje i ścieli łóżko.
   Pewnie nie wie gdzie jest. Ale nie zamierzam się odzywać, bo mogłaby coś podejrzewać.
         Póki jej jeszcze nie ma na dole nie będę się ślimaczyć. Podrzuciłam omlet nad patelnię. Własnym tempem podeszłam do umywalki wyczyścić naczynie. Wyjęłam ręcznik z szuflady pod zlewem, wycieram i wkładam do szafki obok. Omlet jeszcze leci, a ja wyciągam szklankę z wiszących mebli i wyłączam kuchenkę. Podchodzę do lodówki, uchylając drzwiczki wyjmuję karton soku i zamykam je. Rzeczy odkładam na blacie obok kuchenki. Omlet opada, więc moje dłonie powędrowały do półki z talerzami wyciągając jeden i w ostatniej chwili łapię jeszcze gorący posiłek dla Madlen. Talerz położyłam obok szklanki i soku. A dziewczyna dopiero otwiera skrzypiące drzwi mojego pokoju. Ludzkimi krokami podeszłam do czajnika i podniosłam go by nalać do niego wody. Dziwnie jest nie wykorzystywać własnych możliwości, ale jeszcze dziwniej i niebezpiecznie byłoby jakby ktoś mnie na tym przyłapał. Ktoś z ludzi oczywiście. Odkręciłam wodę i podłożyłam czajnik pod strumień grzecznie czekając aż się napełni. Zakręciłam kran, a czajnik odłożyłam na gaz. Kilka pstryknięć i pojawił się płomień. Usłyszałam kroki na schodach i skrzypienie starych sosnowych desek.
   Madlen idzie tutaj. Raczej nic dziwnego nie zostało na wierzchu. Katana schowana, referaty leżą na stole, żadnych śladów krwi czy innych substancji.
- Jennifer, co ja tutaj właściwie robię...?
- Robiliśmy wczoraj te referaty – powiedziałam wskazując na stół gdzie leżą – Joe nie zdążył wziąć swoich leków i zemdlał.
- Jej! Nic mu nie jest?
- Nic, ale jego część pracy została tutaj... - na chwilę zapadła krępująca cisza. Próbowałyśmy unikać swoich spojrzeń, więc sięgnęłam po kubek i herbatę do szafki, ale na szczęście w brzuchu Madlen głośno zaburczało.
- Chyba jestem głodna. - powiedziała z lekkim uśmieszkiem.
- Usiądź do stołu, zrobiłam ci śniadanie... - znowu cisza – nie wiedziałam co możesz chcieć, więc zrobiłam omlet z warzywami i serem. - powiedziałam podsycając rozmowę.
- Dziękuję nie musiałaś się tak dla mnie starać. Wystarczyłaby chociaż kanapka z dżemem... Ale ładnie pachnie. Co jeszcze tu jest? - mówiąc o tej kanapce, chyba nie myślała tak na serio, bo ślinka jej ciekła po brodzie kiedy patrzyła na te jajka. Prawdą jest, że nie musiałam się tak starać, ale nawet ja nie zjadłabym byle czego i zrobienie takiego posiłku zajęło mi jedynie kilka sekund.
- Dałam tu ser żółty, paprykę, brokuły, pomidory, odrobinę awokado, pieprz kolorowy, trochę soli i śmietanki... - urwałam.
- Takiej do kawy? - zapytała zdziwiona.
- Tak, dodałam takiej do kawy, szczyptę oregano i szafranu też odrobinę. - dokończyłam.
- Smażyłaś na maśle prawda? -
- Skąd wiesz? Tak na osełce... -
- Moja mama kiedyś robiła mi jajecznice na maśle... - mina jej nieco zrzedła, ale nadal jadła – przepyszne, musisz do mnie kiedyś przyjść i zrobić też mojemu tacie. - teraz zrobiła się smutna. Zauważyła, że się na nią patrzę i wepchała kolejny kawałek do buzi.
- Dlaczego twoja mama już nie gotuje? Nie ma na to czasu? - zapytałam.
- Moja mama... mojej mamy już nie ma. - odpowiedziała prawie szeptem patrząc w talerz i jeżdżąc po nim widelcem.
- Przepraszam nie miałam pojęcia, że... - rzekłam zakłopotana.
- W porządku, skąd mogłaś wiedzieć. - przerwała by wziąć kolejny kęs - Swoją drogą jak namówiłaś mojego ojca, żebym została na noc? Odkąd moja mama zaginęła nie zostawia mnie prawie nigdy samej bez opieki... -
   No i gdyby nie moi rodzice to mógłby sobie tą opiekę wsadzić do pustej trumny... Ludzie przesadnie przezorni tracą najwięcej.
- Moi rodzice zadzwonili do niego korzystając z numeru w twojej komórce. Powiedzieli, że zaskakująco szybko zrobiło się ciemno i nie mogą cię puścić samej nocą do domu, a nie mają samochodu, żeby cię odwieźć. - powiedziałam.
- I jak na to zareagował? Raczej nie ustąpił... - urwała.
- Mówił coś, że sam po ciebie przyjedzie, a chwilę później zaczął wyklinać. Ktoś przebił koło w jego samochodzie i nie miał innego wyboru jak pozwolić ci tu zostać. -
   Człowiek został z trzema harsami pod jednym dachem. I to dobrze wyglądający człowiek o ciekawym zapachu. Gdyby nie to, że mogłabym się uzależnić to bym cię spróbowała, Madlen. Mama wykazała się niezłą spontanicznością biegnąc tam i przebijając te opony. Impulsywna kobieta.
- Ale dlaczego nic nie pamiętam? Jak chcę pomyśleć o wczoraj to zaczyna mnie boleć głowa... dziwne, no nie? -
- Na twoim miejscu bym się tak nie przejmowała. Byłaś naprawdę przerażona jak Joe stracił przytomność. Może to być amnezja pourazowa lub zanik pamięci krótkotrwałej... -
   Jakby pamiętała co się wczoraj wydarzyło to zapadłaby w śpiączkę, dostała gorączki lub zawału serca.
- Jennifer, dlaczego nie ma w domu twoich rodziców? Jest raczej za późno, żeby spać, więc gdzie oni są?
- Wyjechali załatwić jakąś sprawę... Nie mam pojęcia kiedy wrócą. - powiedziałam wskazując na karton z sokiem – Chcesz się napić? Mamy ich całkiem sporo. -
   Taa... większość to kartony po pomidorowych sokach, w których jest krew dla moich rodziców i dla mnie.
- Poproszę, jeśli to nie problem... - odpowiedziała z wahaniem. Wstała, podeszła do zlewu trzymając talerz w ręku i zaczęła zmywać. - Przepraszam, że się tak szaro gęsie.
- Nie, no spoko. Nie gniewam się przecież, ale nie musisz myć, bo mam zmywarkę. - wskazałam na obiekt obok lodówki.
- Wiem, ale mama mnie tak nauczyła i wolałabym tak to robić. - zakręciła wodę i wytarła talerz szmatką, której nie schowałam wcześniej. Naczynie położyła na blacie – widziałam sztalugę w twoim pokoju. Malujesz?
-Tak. W całym domu wiszą moje obrazy... - podniosłam czajnik z kuchenki, wyłączyłam gaz i zalałam sobie herbatę, sięgnęłam po butelkę krwi z nalepką soku malinowego. Odkręcam, przechylam i słodka zawartość wlewa się do kubka.
- Są twoje?! Nie przypuszczałam, że człowiek mógłby coś takiego namalować! Zachwycające pejzaże i portrety. -
   No i tu się z tobą zgodzę... Namalował to potwór... ja.
- Dzięki, ale trochę koloryzujesz. Nie są aż tak dobre. - wzięłam łyk i momentalnie moc napłynęła mi do serca, które natychmiast rozprowadziło ją po ciele.
- Jesteś strasznie skromna – podeszła i klepnęła mnie w plecy, a ja przez chwilę miałam ochotę się na nią rzucić – ale to lepiej niż byś miała zachwalać je pod niebiosa – sięgnęła po szklankę z sokiem, a ja śledziłam ją moim krwistym spojrzeniem po czym skierowała się do salonu, prosto na ścianę z portretami.
- Te też ty malowałaś... już znam twoją kreskę – zwróciła się w moim kierunku i upiła łyk ze szklanki, a mi zrobiło się gorąco na twarzy – Jenni, czy ty się rumienisz? -
- Ja?! Nie, niemożliwe, ja się nigdy nie... - to przez krew w herbacie i twój zapach.
- A jednak. Miło, to pewnie pierwszy raz. -
   Nie, nie pierwszy.
        Stanęłam oparta o wejściowy łuk i obserwowałam każdy ruch Madlen bardzo dokładnie popijając herbatę. Przyglądam się jakbym chciała zobaczyć jej duszę. Do głowy wróciła mi myśl o jej wczorajszej barierze. Co to mogło być? Prawie pustą szklankę odstawiła na stolik do kawy. Stanęła, wyprostowała się lecz dalej patrzy na postawione naczynie. Unosząc znad niego wzrok nasze spojrzenia się spotkały. Moje puste wgapiało się teraz w jej zaciekawione i lekko zmartwione. Odwróciła się do reszty obrazów i stanęła przy portrecie Vincenta.
- Bardzo ładny chłopak, ale nigdy go nie widziałam z tobą... kto to? - zapytała.
- To jest Vincent, mój przyszywany kuzyn. - odpowiedziałam moim surowym formalnym głosem. Coś momentalnie zakuło mnie w gardle i ścisnęło w piersi.
- On już nie żyje, mam rację? - Spojrzała na mnie ze zrozumieniem, a ciepło które od niej biło przypominało odrobinę ciepło Vincenta. Zerknęła na płótno jeszcze raz i znów na mnie – W końcu coś co nas łączy, prawda Jan? - powiedziała i rozciągnęła usta w uśmiechu – Fajny masz pseudonim. -
- Tak, masz racje... - odwzajemniłam uśmiech.

~~~
- W końcu coś co nas łączy, prawda Jann?
- To, że oboje lubimy jabłka nie znaczy, że coś nas łączy Vincent! - odpowiedziałam idąc w kierunku naszej farmy. Przyspieszyłam kroku, żeby zostawić natrętnego sąsiada w tyle. A on zaczął biec truchtem zaraz za mną. Więc i ja przyspieszam, a on zaraz za mną.
- Vincent, robi się ciemno. Dlaczego idziesz za mną zamiast wracać do domu? Chcesz, żeby rodzice się o ciebie martwili? - rzuciłam.
- Ale ja chciałabym dziś spać u ciebie Janjario! Nie w domu. - zawołał.
-Twoi rodzice o tym nie wiedzą, więc będzie lepiej jak wrócisz teraz, bo słońce już zachodzi. - powiedziałam zamykając za sobą drzwi i zostawiając chłopca na zewnątrz.
Zajęłam się pomocą mamie przy kolacji. Potem razem sprzątałyśmy nasz przybytek w oczekiwaniu na tatę. Kiedy przyszedł powiedział, że dzikie psy i kojoty się zaczynają zbiegać z pogórza tu niżej do doliny. Nie minęła godzina jak usłyszeliśmy je w połowie drogi do farmy rodziców Vincenta. Właśnie czy wrócił do domu? Może nadal się gdzieś włóczy po polach.
- Aaaaa! - nadbiegły nas znad żyta krzyki.
- Co to było? - zapytał tato.
- O Boże, to Vincent krzyczy... idę do niego!
- Jann, tylko ostrożnie. Mimo wszystko nie wiemy co potrafisz. - zakomunikowała mama.
- Vincent! Vincent!! Gdzie jesteś?! - wołałam jakieś dwadzieścia minut. Bałam się, że rozszarpały go kojoty. Traciłam zmysły, ze strachu zaczęłam mieć halucynacje. Upadając na ziemię sama zaczęłam wierzyć, że to mnie rozszarpały i to on mnie szuka wśród traw. Jednak dobiegło mnie jego wołanie.
- Łaaa! Pomocy! Pomocy! Tato! Mamo!
- Vincent, już biegnę! - wszystko dookoła w tamtym momencie przestało dla mnie istnieć. Byłam tylko ja, Vincent, ziemia i te dzikie bestie. Podnosząc się z ziemi poczułam jak moje ciało rozpiera siła i wigor. Ruszyłam w kierunku miejsca skąd dochodził krzyk. Gdy dobiegłam na miejsce chłopiec leżał przerażony na ziemi z pogryzionymi rękami, z których sączyła się krew. Ładnie pachniał, ale widok zwierząt gotowych do ataku na niego skulonego na ziemi zmroził mi krew w żyłach. Natychmiast rzuciłam się na te psy. Odepchnęłam jednego, a potem drugiego lecz cała reszta zaczęła mnie atakować. Ponosiłam coraz to nowe rany i ciosy, ale udało mi się przegnać stado. Pomimo bólu wzięłam Vincenta na plecy i pobiegłam z nim do jego posiadłości. Po drodze się obudził i szepnął mi do ucha: „Wiedziałem, że po mnie przyjdziesz. Od teraz jesteśmy najlepszymi przyjaciółmi na zawsze!”. Na ganku zapukałam do drzwi i postawiłam go na schodach, a on mnie mocno przytulił i pocałował w policzek.
To był pierwszy raz kiedy się zarumieniłam.


Wracając do domu myślałam o tym jak to będzie przyjaźnić się z człowiekiem. Harsy mnie odpychały, prześladowały i szykanowały odkąd pamiętam. Ukrywamy się też przed innymi odkąd tylko... pamiętam. Wchodząc do domu zdążyłam tylko zawołać mamę i tatę. Potem straciłam przytomność przez poniesione obrażenia. Pamiętam jeszcze tylko jak któreś z nich mnie złapało, a drugie pogładziło po głowie i pocałowało. Myślę, że tato mnie trzymał, a mama mnie utuliła. To był koniec spokojnego życia, aż do końca to będzie walka z samą sobą.

Następny rozdział już niedługo obiecuję...
Pozdrawiam,
Wasza QK

Komentarze

  1. Nie wchodziłam tu tyle czasu... ale już nadrobiłam straty. Rozdział świetny, nie mogę doczekać się następnego.
    Widzę, że Janjaria już zaczyna lubić Madlen... no no, nie mogę się doczekać kolejnego rozdziału.
    Pozdrawiam,
    Agnes

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Cześć! Dobry Wieczór! (organizacyjnie)

Rozdział 9b

Rozdział 3