Rozdział 4

Witam, Witam i o zdrówko pytam!
Jak się macie, internauci?
U mnie spoko, jakoś żyje i udało mi się coś napisać...
                                                                                        ...patrzcie :)


Rozdział 4
       Siedzę w kuchni sama, przy stoliku zwrócona w stronę okien i blatów. Spojrzałam na zegarek nad łukiem przejścia – dochodzi dwunasta. Dobrze, że to sobota! Rozmyślając o zdarzeniach z poprzedniego wieczoru jem surowego kurczaka na zmianę z mielonką.
   Nazwali mnie „kundlem”? „Mieszańcem”? Mam zepsutą krew...! No, nie wierzę, taki śmieć śmiał mnie tak nazwać! Ale dostał to, na co zasłużył, zresztą nie tylko on. Ciekawi mnie fakt tych sztyletów. Naprawdę nie mam pojęcia w czym mogli je zanurzyć, a przeraża mnie to, że jeśli te noże wpadną do rąk wrogów, to już po mnie i nic na to nie poradzę.
      Kiedy mięso się skończyło, w stałam, podeszłam i włożyłam naczynia do zmywarki. Obróciłam się, uniosłam rękę, złapałam za uchwyt lodówki i szarpnęłam drzwiczkami. Lodówka się otworzyła, a moją uwagę przyciągnął ostatni worek krwi. Przechyliłam folię i zobaczyłam napis 0 Rh-. W gardle nagle jakby mi coś stanęło i powrócił ten gorąco piekący ból. Już chwilę wgapiam się w tą torebkę i czuję jak moje ciało oblewa dziwnie przyjemne uczucie zimna i wilgoci, a w moich żyłach ciecz zaczęła krążyć w nadnaturalny sposób. Moje ciało przepełniła potężna fala mocy, jakiej jeszcze nie poznałam i czułam jak napływa silniej i silniej. Oczy zaswędziały mnie lekko. Zamknęłam je na chwilę i otworzyłam. Wraz z wdarciem się światła pod powieki na siatkówki, obrazy jakie widziałam zrobiły się jakby wyraźniejsze. Zaczęłam dostrzegać rzeczy, których normalnie nie widziałam. Widziałam wyraźnie cząsteczki kurzu, a na nich te ohydne roztocza lub ślady włosia po pędzlu na obrazie, który sama namalowałam, a wisi teraz w przedpokoju. Oddycham głęboko, ale na ludzki sposób to zbyt szybko. Wyciągnęłam dłoń by sięgnąć po krew. Wzrok spadł z niej na moje przedramię.
   Osz ty w życiu!!! Co to kuźwa jest?!
      Żyły główne i mniejsze żyłki są martwo sine lub czarne. Ogarnęła mnie panika. Zatrzasnęłam lodówkę i szybko się od niej odwróciłam i oparłam o zmywarkę, cały czas trzymając sztywno rękę. Chcąc ogarnąć nagłą euforię, usiadłam na ziemi, zjeżdżając plecami po blacie. Naczynia krwionośne powoli zaczęły wracać do normy, a ja oparłam głowę o działający już sprzęt. Odetchnęłam parę razy i podniosłam się lecz z kilkoma zachwianiami. Szybko otworzyłam zamrażalnik i wyjęłam zamrożoną karkówkę, by znów powrócić do stolika i skonsumować surowe mięso. Robię to któryś raz z kolei. Pierwszy – umowny – był w moje dziesiąte urodziny, potem rodzice dali mi spróbować krwi w ich siedemsetną rocznicę małżeństwa – czyli kiedy miałam trzynaście lat. Tak naprawdę początkiem było ukąszenie mojego kuzyna – tego od cukierków eukaliptusowych, ale zaraz po tym zginął z rąk Harsa Bee. Przeze mnie! Wyczuł krew, która miała taki unikatowy zapach i smak, że znam go do dziś...nadal widzę jego twarz i rozciągnięte w uśmiechu usta. Rodzice myślą, że nic nie pamiętam z tego okresu bycia dzieckiem lecz ja mam przed oczami każdy występek, czy przewinienie. Gdy byłam całkiem mała bawił się ze mną dniami i nocami. Nigdy nie obraził się z powodu, że go podgryzłam lub ukłułam... tak, jak na jego wiek – miał pięć lat, gdy ja miałam zaledwie rok i pół – był bardzo wyrozumiały, pokorny i cierpliwy...
      Kiedyś, gdy wspomniałam mamie, że przyśnił mi się Vincent i zapukał do nas, bo chciał pić, to Caroline kazała mi odmówić pacierz za niego. Zrobiłam to... tylko od tamtej pory już go nie widziałam. Próbowałam odmawiać ich więcej każdego wieczoru w nadziei, że przyjdzie do mnie. Nic się nie działo. Pamiętam jak się wtedy czułam. Tak jakby mi ktoś wyrwał serce, tak bardzo pragnęłam go ujrzeć, przynajmniej jako marę senną lub zjawę w nocy, byle tylko zobaczyć!
      Zwróciłam głowę w stronę okien i usłyszałam zbliżających się rodziców. Nadchodzą w naszym tempie, dość szybko. Spiesząc się, odłożyłam karkówkę na miejsce i włączyłam czajnik na prąd, by woda zdążyła się zagotować mamie i tacie na kawę. Włączam radio. Ze stacji rozbrzmiał utwór Seleny Gomez „Slow Down”. Zarówno piosenka jak i wykonawczyni jest przerysowana i landrynowata. Ale co zrobić? Ona też jest Harsem, ale nie chce mi się wnikać jakim. Przygotowałam trzy kubki, a teraz wyciągam sobie suszki krwawnika do parzenia i kawę, jedną rozpuszczalną – mamie, a drugą sypaną – tacie. Już po chwili zamykam szafkę kuchenną i rozsuwam szufladę by wyjąć cukier. W mgnieniu oka wsypuję po kilka łyżek do kubków. Lubimy, gdy zwykły trunek smakiem jest przybliżony do krwi. Naglę słyszę kroki na schodkach, włożyli kluczyk, przekręcili, a teraz kliknięcie klamki i cienki pisk drzwi frontowych. Weszli do środka.
- Cześć tato, cześć mamo! - zaczęłam.
- Witaj, córuniu! - rzekła Caroline, po czym podbiegła do mnie i złożyła mi na ustach szybki matczyny pocałunek. Lekko się rumienię.
- Dzień dobry Janjario! - zawołał Leonard, mignął i stał tuż przy mnie otwierając ręce. Schowałam delikatnie głowę w jego ramiona, a on dłońmi zamknął mnie w swoim objęciu.
- Robiłam wam kawy. Rozpuszczalna w zielonym kubku po lewej, a sypana w przezroczystym po prawej...
- Sypana z... - zapytał tato.
- ...z odrobiną mleka, a rozpuszczalna bez... - odpowiedziałam.
- A dodałaś... - zwróciła się do mnie mama.
- …mnóstwo cukru? Tak, dałam. - skończyłam obojętnym tonem.
Złapałam za swój ciemno bordowy kubek z herbatą, także słodką jak nieszczęście i usiadłam na krześle przy stoliku. Uniosłam do ust picie, przechyliłam naczynie, w którym się znajduje i upijam po małych łyczkach, żeby się nie poparzyć w wargi. Dziwne bo nie poczułam tego przeszywającego gorąca, tak jakby usta mi zdrętwiały. Nie dając znaku zastanowienia piłam dalej.

Dziwne! Coś się ze mną dzieje, ale jeszcze nie wiem dokładnie co...?”

Wasza QK               xP

Komentarze

  1. Rozdział cudowny! I wspaniały. Przeczytałam, a raczej pochłonęłam go jednym tchem. Nicolas... ohhh.... tak niewiele o nim wiadomo, a już go tak bardzo lubię. Dlaczego musiałaś go zabijać? No?
    A tak przy okazji, jak myślisz nasze Harsy z Kołobrzegu już zaatakowały? Tak właściwie, to która piguła była Harsem... bo już nie pamiętam...
    I tak sobie pomyślałam... nie chce mi się siedzieć pół dnia w szkole... idziemy torami do Koszalina? Będę czekała na Zachodnim w Warszawie... po drodze całą grupę zbierzemy... :P Ehh... na wspomnienia mi się zebrało. Ale co poradzić... muszę się odciąć od chemii... jutro piszę tą klasówkę z kwasów i wkuwam wszystko...
    Pozdrawiam i życzę weny, Aga :****

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ten komentarz na górze napisałam coś bez ładu i składu, nie?
      No jasne, że tak. Jutro, jeśli zdążę, napiszę coś bardziej sensownego...

      Usuń
  2. Ruda była Lee,
    a ta niska co złapała mnie i Magdę była Bee...
    Kochanie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aaa.... faktycznie. Wiesz, może je też wkręcisz? A przynajmniej tą Bee, znając ciebie, to wyjdzie fantastycznie... ehhh... przecież ty już w sanatorium opowiadałaś, nie?
      Kurczę, gdy wspominam te twoje opisy, to prawie z krzesła zlatuję. A tak nawiasem mówiąc to przez to, pół mojej klasy pewnie myśli, że mi odbija, bo się przed lekcją zaczęłam tak śmiać, że prawie z ławki zleciałam. Bo sobie przypomniałam te twoje opisy, a to w połączeniu z moją (porąbaną) wyobraźnią to normalnie mieszanka wybuchowa.
      Pozdrawiam i czekam na next, Aga
      PS. Duuuużo weny :)

      Usuń
  3. Rozdział Zacny Pozdrawiam :******

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Cześć! Dobry Wieczór! (organizacyjnie)

Rozdział 9b

Rozdział 3